Ślęża. Jeden z 28 szczytów Korony Gór Polski, a mój pierwszy jeżeli chodzi o oficjalne zdobywanie tego zaszczytnego grona wierchów.
– Myślisz, że znasz polskie góry?
– No w Tatrach byłam, na Śnieżce też… Bieszczady też nie są mi obce. No trochę łaziłam po nich, a co?
– A Masyw Ślęży? Kojarzysz?
– Hmmm… Dobre pytanie, że Ślęża jest to wiem, ale Masyw?
No właśnie, tak samo jak nie wiedziałam o tym, że są Góry Wałbrzyskie, Opawskie czy Góry Kamienne. Można myśleć prosto o górach, jak Tatry, to Morskie Oko albo Giewont. Jak Bieszczady, to Tarnica. Jak Karkonosze, to Śnieżka. Jednak jest wiele atrakcyjnych pasm, które często pomijamy. Postanowiłam podjąć wyzwanie i przez zdobywanie szczytów Korony Gór Polski, odkryć nasze górki. W ten sposób zrodził się pomysł na projekt „Tropem Korony„.
Szczyt KGP
Ślęża jest jednym z najniższych szczytów Korony Gór Polski, gdyż jej wysokość to 718 m n.p.m. Jednak jest to z kolei najwyższy szczyt Masywu Ślęży i całego Przedgórza Sudeckiego. Ślęża należy także do grona Korony Sudetów Polskich. Na same te tytuły nogi się uginają, a mając dodatkowo na uwadze legendy krążące wokoło tej góry o druidach lub bogach, jestem zdecydowana by zdobyć szczyt. Niektórzy mogą się ze mną nie zgodzić, iż Ślęża jest nieznana, ale będą to osoby raczej z okolic Wrocławia, które mają największą sposobność, by na szczyt się dostać. Gdy tylko opuścimy Wrocław, widok samotnie wznoszącej się góry na równinie, towarzyszy nam niezależnie, w którym kierunku się udajemy. Ciężko znaleźć w Polsce drugie tak specyficzne miejsce, dlatego osoby, które planują dłuższą wycieczkę do Wrocławia, powinny wziąć poprawkę i jeden dzień poświęcić na zdobycie szczytu.

Ślęża – wersja letnia
Legendy, baśnie i inne czary
Jedna ze słynniejszych historii związanych ze Ślężą, pochodzi z okresu II Wojny Światowej, kiedy to rękami robotników, Niemcy mieliby ukryć w tajemniczym tunelu skarby narodowe, po czym go zawalić, zacierając wszelkie ślady.
Przygotowania
W dzień przed planowanym wyjazdem, trudno było położyć się spać, gdyż miałam wrażenie, że mnóstwo rzeczy nie zostało spakowane. Dlatego stworzyłam własną listę ekwipunku. Ta poniżej jest przygotowana na jednodniową wycieczkę, bez zatrzymywania się na nocleg.
Transport
I niby sprawdzałam jak dojechać, ale jeszcze raz na wszelki wypadek musiałam się upewnić, spisując wszystkie możliwe opcje powrotu, bo o niego, według mnie, zawsze trudniej. Poszukiwania zawsze przeprowadzam na dwóch stronach. Pierwsza z nich to e-podróżnik, a druga to strona z rozkładem jazdy PKP. Muszę dostać się do Sobótki, miejscowości oddalonej o 30 km od Wrocławia. Sprawdzam połączenia i widzę, że nie ma większego problemu z dojazdem. Autobusy jeżdżą co ok. 20-30 minut przy sobocie. Cała droga w jedną stronę trwa ok. 1 godziny. Dlatego bez wahania decyduję się na podróż autobusem, a koszt takiej przyjemności to 14 zł w dwie strony. Pasuje mi.
Następnego dnia spakowana i z rozpiską autobusów w plecaku kieruję się na dworzec, by złapać autobus o 9:00. Poziom stresu i podekscytowania już się podnosi, tym bardziej, że nieco później niż planowałam wyszłam z mieszkania. Więc nerwówka o to czy zdążę, czy nie właśnie się zaczęła. Na dodatek następny autobus nie był za 30 min tylko za 1 godzinę. Niestety wtedy, według moich obliczeń, gdybym zdobyła szczyt to pora byłaby zbyt późna, by zacząć schodzić ze szlaku, ponieważ mogłabym nie zdążyć na autobus powrotny.
Przyspieszyłam kroku i byłam 10 minut przed odjazdem autobusu. Zdążyłam! Uznałam to za dobrą wróżbę.
Ślęża
Opuszczałam Wrocław, który cały był osnuty mgłą. A widoczność była tak słaba, że Ślęży w ogóle nie było widać. Miałam jednak nadzieję, że wchodząc na szczyt, będę ponad chmurami.
Dotarłam do Sobótki, jednak droga nie obyła się bez stresu. Nie wiedziałam gdzie jest główny przystanek. Patrzyłam na kolejne tabliczki mijanych miejscowości, a Sobótki wciąż nie było. Wcześniej na Google Maps sprawdzałam jak wygląda miejsce, w którym będę wysiadać, ale widok przystanków z okna w niczym nie przypominał tego co widziałam w internecie. Na szczęście usiadłam koło Pani, która jechała również do Sobótki.
– Przepraszam, wie Pani gdzie jest główny przystanek w Sobótce?
– Koło kościoła! – Ale widząc moje zdezorientowanie, dodała: – Ja też wysiadam na tym przystanku, to Pani powiem kiedy trzeba wysiąść.
No i całe szczęście, bo autobus nie kończył kursu w Sobótce, tylko jeszcze gdzieś jechał. A ja akurat w tym dniu, miałam zamiar dotrzeć tylko na Ślężę.

W drodze na Ślężę
Wysiadłam, ale byłam nieco rozczarowana, gdyż Sobótka także była powita mgłą tak, że Ślęży nie było widać. Mimo to, nie zrezygnowałam ze swojej wędrówki. Ruszyłam dziarsko w poszukiwaniu czerwonego szlaku, by zacząć na dobre swoją przygodę z cyklu „Tropem Korony”.
Szczyt, szlak, Ślęża, tylko to mi kotłowało się w głowie. Pozostałe funkcje zostały automatycznie wyłączone.
Znalazłam Aleję Św. Anny, a następnie ulicę Armii Krajowej, która ma doprowadzić mnie do szlaku. Po drodze zaskoczyła mnie aleja sław kolarstwa. Na wielkich kamiennych głazach, były oprawione w szklane ramki zdjęcia osób, które miały osiągnięcia w tej dziedzinie. Jak dla mnie świetny sportowy akcent, dzięki któremu o tych ludziach się nie zapomina.
W końcu znalazłam się na początku czerwonego szlaku i wiedziałam, że odwrotu już nie ma!
Na szlaku i na szczycie
Szlak nie jest bardzo trudny, a przewidywany czas to 1h 40 minut na przejście w jedną stronę. Początkowo mijałam bardzo dużo osób wchodzących i schodzących z góry. Jednak im bardziej pod górę, tym mniej ludzi. Idąc szlakiem, zrezygnowałam z muzyki i słucham ciszy i tego co mi w duszy gra. Górka za górką, podejście za podejściem, a szczytu jak nie było, tak nie ma. W końcu widzę przed sobą prawie pionowe podejście i wieżę telekomunikacyjną. Pomyślałam sobie tylko: – Czy moje kolana dadzą radę? Ale zaraz! Przecież wieża jest na szczycie!
Gdy skojarzyłam ten fakt, serce przyspieszyło mi nieprawdopodobnie. Nic istotniejszego w tym momencie nie było. Krok za krokiem i widzę, że szczyt jest coraz bliżej i bliżej. Aż w końcu punkt kulminacyjny całej wyprawy, moja noga stanęła na szczycie Ślęży o 11:54. Cudowne uczucie spełnienia i pokonania własnego ja, wypełniło mój umysł. Mimo, że Ślęża nie jest wysokim szczytem, to czułam się dumna i zadowolona z samej siebie.
Kiedy emocje nieco opadły, zaczęłam się rozglądać po szczycie. Po prawej stronie stała wiata, w której nabierali sił turyści. Obok niej było miejsce, z którego przy dobrej widoczności na pewno można zachwycać się świetną panoramą. Niestety wtedy moje obawy się potwierdziły. Widoczność przez mgłę była znikoma, więc moje oczy nie nacieszyły się widokiem. Ale dzięki temu można było poczuć magię góry, która w dawnych czasach chowała się pod zwałami chmur.
Dalej znajduje się także XVII wieczny kościół, w którym są odprawiane msze. A za kościołem jest kolejna wieża, o której mało kto wie. Ja też bym nie wiedziała, ale tuż przed wyjazdem, koleżanka powiedziała mi, że muszę wejść na nią. Gdyby nie ta mgła, widoki byłyby cudne, ale może innym razem się uda.
Dom Turysty
Jest jeszcze jedna miejscówka na Ślęży, to Dom Turysty. Musiałam wstąpić do niego, by zdobyć swoją pierwszą pieczątkę do książeczki Zdobywcy Korony Gór Polski. Weszłam do środka, podbiłam pieczątkę i zostałam na godzinę. Chciałam się rozpłaszczyć, by w drodze powrotnej nie było mi aż tak zimno. To był zły pomysł. Po zdjęciu kurtki, całe ciepło błyskawicznie zaczęło parować, a mi zrobiło się bardzo zimno. Podeszłam do lady, zerknęłam na rozpiskę co można zamówić i wzięłam „Ducha Gór”. Nazwa tak wdzięczna, że musiałam spróbować. „Duch Gór” to gorąca czekolada z 50 ml rumu. Szczerze powiedziawszy, gdyby nie „Duch” to było kiepsko ze mną. Wzmocniona napojem, zauważyłam jeszcze jedno! Olbrzymia blacha szarlotki na ciepło, która rozeszła się w 20 minut! Ale to nie koniec. Gdy ostatni kawałek zszedł z blachy, na blat została dostarczona kolejna wielka blacha ciasta. Panie, które tam pracują chyba pieką smakołyk na bieżąco. Chylę czoło!
„Dom Turysty” tętnił życiem przy sobocie. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Ja po odpoczynku i nabraniu sił, zaliczałam się już do tej drugiej grupy.
Zaczęłam schodzić w dół, szlakiem na Sobótkę. Przez pół trasy schodziłam beztrosko, ciesząc się swoim pierwszym zdobytym szczytem Korony Gór Polski. Potem przypomniałam sobie, że czymś muszę wrócić do Wrocławia. Zerknęłam na rozpiskę autobusów i jeden z nich odjeżdżał o 15:30. Przyspieszyłam nieco kroku i zeszłam do miasteczka. A na autobus i tak czekałam jeszcze 20 minut.
Po wejściu i zajęciu miejsca, na chwilę odpłynęłam ze szczęścia i zmęczenia. Mimo słabej widoczności było warto!
W sumie przeszłam 16 005 kroków w czasie 2h 31 minut. Jak na początek myślę, że całkiem niezły wynik!

Ślęża – Profil trasy
Brak komentarzy