Babia Góra – tak brzmiało moje wyzwanie na 100-lecie niepodległości Polski. Zainspirowana organizowanymi wydarzeniami, chciałam zrobić coś z pieprznięciem w tym dniu. Przecież druga okazja do świętowania tak okrągłej rocznicy się nie nadarzy, albo ja jej nie dożyję.
Beskidy nigdy nie kojarzyły mi się z górami wymagającymi. Postrzegałam je jako większe lub mniejsze wzniesienia, uniesienia na których można złapać oddech, zrobić rozruch na większe kilometry. Jednak chodząc ostatnimi czasy po tych beskidzkich wzniesieniach, to że nie łapię oddechu to jedna rzecz (jednak to chyba przez zadyszkę), ale drugie co mnie uderzyło to to, że dają popalić jak mało które górki. Królowa polskich Beskidów dała mi to wyraźnie do zrozumienia.
Gdzie diabeł nie może…
…tam Babę pośle! I oto jestem ja, z dość ambitnym planem na 11 listopada, ledwo stojąca na nogach na grzbiecie góry, pośród mgły tak gęstej, jak mleko. Trzymam kurczowo kijki i modlę się, by ten cholerny szczyt przybliżył się chociaż o krok.
•
Jestem przekonana, że to staropolskie powiedzenie wzięło się od tej góry. Babia Góra to miejsce owiane legendami i mitami. Podobno kiedyś na górze stał zamek samego diabła, a obecne kamienie na szczycie to pozostałości po nim. W sumie się nie dziwię, bo po tym jaka spotkała mnie tam pogoda, jestem przekonana, że diabeł miał dość, wysłał babę, by zrobiła tam porządek. Podobno też, Babia Góra to miejsce spotkań czarownic, które podczas sabatu mogą w różny sposób wykorzystywać swoje moce, np. niszcząc plony, rozpętując burzę, a nawet pozbawiać zmysłów ludzi. Co do utraty zmysłów i burzy, też jestem w stanie uwierzyć, bo ja je prawie straciłam.
Doczytując różne informacje o Babiej, traktowałam je z dużym przymrużeniem oka. „Kapryśna, trudna, wymagająca, zdradliwa”, takie oto epitety towarzyszyły Babiej na różnych wpisach. Jednak w połączeniu z legendami, tworzyły ciekawą spójność.
Jedyny szczegół, który zwrócił we wszystkich wpisach moją uwagę była pogoda. Nieprzewidywalna. Mając doświadczenie ze Śnieżnika i Wysokiej Kopy, spakowałam dodatkowo czapkę, rękawiczki, buffa i termos z gorącą herbatą, o których na poprzednich wyprawach mogłam tylko pomarzyć.

Widoki ze szlaku – Babia Góra
Baba na Babiej
Zostawiłam za sobą ciepły i słoneczny Kraków i ruszyłam na spotkanie z Babią Górą. Kraków ma taki plus, że wyjeżdżając dosłownie za granicę miasta, można cieszyć się widokiem górek. Dlatego w przyjemnej aurze dotarłam do Przełęczy Krowiarki w Zubrzycy Górnej. Mrowie samochodów nie zniechęciło mnie, by porzucić wyzwanie i tego dnia stanąć na szczycie.
Jedyne do czego miałam pewne obawy był wiatr. Jednak w dalszym ciągu będąc dobrej myśli, ruszyłam do kasy, by kupić bilet wstępu. Koszt normalnego biletu to 5 zł, ale zamiast zwykłego paragonu dostaje się pocztówkę, co jest miłym gestem i świetną pamiątką.
Nie zostało już nic innego, jak wziąć kijki w ręce i ruszyć pod górę.

Profil trasy – Babia Góra
I tu kolejne zaskoczenie, ponieważ większość czerwonego szlaku prowadzącego pod górę jest wyłożona schodami. Co prawda są to bardziej szerokie płyty kamienne, niż schody górskie, jednak nie spodziewałam się tego. Choć nie ukrywam, że brakowało stromych podejść, albo zejść o bardziej naturalnym wyglądzie.

Ze szlaku – Babia Góra
•
Po pierwszych metrach, krew szybciej zaczęła krążyć, oddech przyspieszył, a krople potu zaczęły pojawiać się na plecach i czole. Mimo, że jestem w lesie, czuję na placach powiew mocnego i zimnego wiatru. Znów czuję ten stres w brzuchu, czy dam radę tej górze, czy nie. Co mnie spotka na tym szlaku? Jakie będą wrażenia?
Raz za razem jestem mijana, albo wyprzedzam ludzi z przyczepionymi pięknymi flagami. Widziałam na ich twarzach jakąś zadumę, albo może chęć sprawdzenia się, spełnienia określonej misji. Z jednej strony szkoda, że nie jest się samemu w górach, że tyle ludzi zmierza w tym samym kierunku. Jednak z drugiej strony, to dość budujące uczucie, kiedy grupa znajomych, czy rodzina wychodzi razem i podejmują to górskie wyzwanie.
Nie wiem czy od wrażenia, klimatu, wysiłku, ale w pewnym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, a świat zaczął wirować. Przecież to nie jest 7 000 m n.p.m. żebym padła na pysk z wycieńczenia, głodu czy pragnienia. Opieram się o pieniek, łapię oddech i kilka łyków lodowatej wody. Trochę mnie to ocuca i sprowadza na ziemie. No nic, pora wstać i spróbować wejść na tę Górę.

Ze szlaku – Babia Góra
•
Po wejściu na Sokolicę, żarty się skończyły. Mimo, że jest to piękny punkt widokowy, praktycznie się na nim nie zatrzymałam. Szarpną mną mocny wiatr, że ledwo utrzymałam w rękach termos. Łyk gorącej herbaty i kostka czekolady to jedne na co sobie pozwoliłam.
Wiało tak mocno, że wszystko co wzięłam ze sobą (czapkę, buffa, rękawiczki), założyłam i zasunęłam. Po spływającym pocie nie było już znaku. Zimne powietrze zaczęło się wdzierać we wszystkie szczeliny ubrania.
Szczytu nie było widać zza gęstej ściany nadciągających chmur. Widząc to, miałam jedno skojarzenie – nadciągająca apokalipsa, jak w filmach z efektami specjalnymi. Brakowało tylko błyskających piorunów i grzmotów, a byłabym przekonana, że jestem przypadkowym statystą.
•
Jak często słyszę lub czytam o bezcennej ciszy w górach, tak teraz nie było o niej mowy. Wycie wiatru to jedyny dźwięk jaki słyszałam. Wiatr tak szalał i był tak silny, że czasem spychał mnie o kilka kroków w bok trasy. Idąc grzbietem zaczęłam się bać. Jedyne co mi przyszło wtedy to głowy, to powiedzenie mamy: „Jedz dziecko, bo wiatr Cię porwie”. Dodało mi to trochę otuchy, ale tuż za tym znów ściągnięta wiatrem, byłam kilka kroków z boku. Zapierałam się jak osioł i małymi krokami starałam się przeć do przodu. Weszłam w strefę chmur, które owiały szczyt. Nie miałam pojęcia co jest przede mną, albo ile zostało do szczytu. Widoczność była maksymalnie na 50 metrów.

Mleko na Babiej
Nie było oszałamiających widoków. Nawet nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Moje myśli były zamrożone od zimna i strachu. Warunki były koszmarne. W gorszych nie szłam nigdy. W pewnym momencie spychana przez wiatr, przyszła mi myśl, że może powinnam zawrócić. Jednak chęć postawienia swojej nogi na szczycie nie dawała za wygraną. Pytam, a w zasadzie krzyczę do przypadkowej kobiety, czy do szczytu jest jeszcze sporo. Dała mi nadzieję mówiąc, że 5 minut. Była moją ostatnią deską pocieszenia.
W literaturze górskiej czytam nie raz, że warunki były kiepskie, albo że ktoś się źle czuł, a mimo to postanowił piąć się do szczytu. Jasne, że Babią nie ma co porównywać z Everestem czy innym olbrzymem, jednak w tamtym momencie wydaje się mi, że miałam podobną chęć złapania tego szczytu, jak Ci z 8 000 m. n.p.m. Szaleńcze jest to uczucie.
•
Z tego rozlanego mleka wyłania się słupek i kamienisty mur, za którym liczę na chwilę przerwy. Widząc to, przez chwilę wszystko przestaje mieć znaczenie. Jestem tu i teraz. Babia Góra zdobyta. Stojąc na szczycie cieszę się, bo wygrałam. Ze sobą. Przymykam oczy, a gdzieś na bok wiatr porywa łzę szczęścia, jakby to była jego własność. Opłata za zdobycie szczytu, została uiszczona.
Jeszcze to pieprzone zdjęcie, by był dowód do książeczki. Daje aparat mojemu kompanowi podróży, by wcisnął tylko jeden raz guzik wyzwalacza. Ręce nam zamarzły. Chuchamy i dmuchamy, by być w stanie utrzymać aparat. Jedno zdjęcie musi wystarczyć. Wyszło jak wyszło. Wszystko jedno. Starczy. Uciekamy za kamienną ścianę, by choć na moment odpocząć od wiatru.

Babia Góra – ZDOBYTA!
Pierwsze co robię, to sięgam po termos. Widziałam inne osoby, które w tych mroźnych warunkach delektowały się piwkiem. Jednak wolałam swoją gorącą herbatę, której ciepło przyjemnie rozlewało się w brzuchu. Niesamowite kojące uczucie. Po herbacie i dużej porcji czekolady, doszła do mnie w końcu myśl, że czeka mnie jeszcze zejście.
Z tarczą
Czytelniku wytrwałeś? Już niedługo, bo w końcu zaczynam schodzić. A pierwsze co robię, po wyjściu zza skalnej ścianki to przesuwam się siłą wiatru kilka kroków w bok. Wiatr nie ustał. Może jednak te legendy są prawdziwe i właśnie jestem świadkiem sabatu, gdzie czarownice bawią się w najlepsze?
Mgła zrobiła się jeszcze bardziej gęsta. Schodząc w kierunku schroniska, pod nogami widziałam dwa najbliższe kamienie. Nawet nie wiedziałam, czy schodząc po nich trafię na szlak. Olbrzymie głazy, po których schodziłam na czworaka. Tyłem, przodem, bokiem. Byle by tylko złapać następny kamień pod nogami. Niektórzy widząc te głazy, rezygnowali ze schroniska i wracali czerwonym szlakiem. Ja też miałam takie myśli, jednak musiałam wbić pieczątkę do książeczki. 11-go listopada wszystko było pozamykane, więc nie było co myśleć, że może w mieście będzie jakiś sklepik.
Warto było zaryzykować, mimo że zejścia bałam się jeszcze bardziej, niż parcia do przodu przez ten wiatr. Jak tylko postawiłam nogę na pierwszej płycie szlaku, czułam że wiatr zwolnił. Widziałam, że widoczność się poprawia. Całe ciało wyziębnięte zaczęło dochodzić do siebie. Czucie w palcach wracało. Ciało zaczęło parować. Dochodząc do schroniska, kurtka była ciężka jak po deszczu.
•
Wbijam uroczyście pieczątkę i od razu rozglądamy się za ciastem. Olbrzymia blacha szarlotki, która jeszcze paruje, została dostarczona na ladę. Wzięłam sobie za zwyczaj, że będąc w schronisku patrzę za ciastem. Wzięło się to z Wysokiej Kopy, po zdobyciu której pozwoliłam sobie na najbardziej zajebisty kawał ciasta na ziemi. Ciasto z czereśniami. Gdyby teraz mi ktoś powiedział, że jest -20 stopni, pada śnieg, którego i tak jest po kolana, a na górze czeka na mnie ciasto z czereśniami ze schroniska na Wysokim Kamieniu, idę bez wahania.

Babiogórskie ciacho
Mimo, że za ciastem z jabłkiem nie przepadam, biorę je jako swoje trofeum. Muszę przyznać, że jest to solidna porcja ciacha, która zajmuje prawie cały talerzyk. Po wielkim kawałku, po głodzie nie ma już znaku. Uczucie rozleniwienia i takiej błogości zaczęło mnie ogarniać, a to znak, że czas najwyższy ruszyć dupsko z miejsca.
Chciałam dodać jeszcze jedną ciekawostkę o schronisku. Dla miłośników wysokich gór, nad ladą można zobaczyć dwa plakaty. Jeden podpisany przez Wandę Rutkiewicz, a drugi przez Jerzego Kukuczkę. Można zerknąć też na czekan, który wykorzystywał przy zdobyciu K2 Janusz Gołąb w 2014 r.
•
Schodzenie niebieskim szlakiem, uważam za największe błogosławieństwo tego dnia. Przyjemna szutrowa droga, lekko opadająca w dół. Idąc nią cały czas miałam widok na szczyt, tyle co zdobyty przeze mnie. Dalej opływał w zdradliwych chmurach, które z poziomu ziemi wydały się dość niewinne. Nie wyobrażam sobie teraz tego, że miałabym schodzić czerwonym szlakiem. Pewnie tuż przez metą padłabym ze zmęczenia jak koń zakopiański.
Do parkingu docieram tuż przed zmrokiem, ciągnąc za sobą nogi, jak worek ziemniaków. Po nie najdłuższym, ale na pewno najcięższym dniu w górach dopełzłam do samochodu.
The end of Babia Góra
Koniec tego dobrego rozpamiętywania. Było cholernie ciężko. Granice strachu i pewnych możliwości znów zostały lekko przesunięte. Bielecki w swojej książce zapisał, ze „Prawdziwym sensem życia nie są ośmiotysięczniki, tylko to, co czeka na mnie, kiedy z nich wracam”. Babia Góra to nie K2, ale faktycznie jak wróci się z gór po całym dniu marszu, zimna, głodu i różnych innych niedogodności, to człowiek jest jakiś inny. Bardziej prawdziwy.
I tego Wam życzę. Własnych wypraw i bezpiecznych powrotów oraz złapania tej chwili, by na dole w domu docenić ten koc, herbatę, i że wszystko mamy pod nosem.

Babia Góra
5 komentarzy
Grafy w Podróży
29 listopada 2018 o 3:54 pmFajne wyzwanie, my z dzieciakiem zwiedzaliśmy muzeum pałac Henryka Dąbrowskiego w Winnej Górze. Było strasznie zimno, więc w cale nie tak łatwo.
A Day Out
29 listopada 2018 o 4:09 pmPałace są również wspaniałą atrakcją na wolne dni. A muzeum pałac Henryka Dąbrowskiego robi wrażenie. Jednak ja wole stare, opuszczone zamczyska 🙂 Zupełnie inny klimat. Polecam 🙂
Marcin Kamiński
29 listopada 2018 o 4:03 pmNawet nie wiedziałem że Polsce stuknęło już 100 lat niepodległości. Tak to jest jak się zapomina, gdy ma się więcej niż jedno obywatelstwo 🙂
A Day Out
29 listopada 2018 o 4:11 pmStuknęło, a jakże! W Polsce było to dość hucznie świętowane: marsze, biegi, zostało nawet zdobyte 100 szczytów na tą okazję w ciągu dwóch dni! 🙂
Patryk Tarachoń
30 listopada 2018 o 7:28 pmŁadnie tam, będzie trzeba się wybrać.