My Blue World

My Blue World – Revine Lago

Revine Lago to mała miejscowość we Włoszech, oddalona 80 km na północ od Wenecji. To właśnie tutaj, razem ze szkołą FlyingMan, przez 5 dni eksplorowałam niebo i zbocze La Posa z widokiem na Lago di Lago oraz Lago di Santa Maria.

Revine 2023

Dobrze pamiętam swój pierwszy wyjazd do Revine w 2023 roku, również razem ze szkołą FlyingMan. Był to trzeci wyjazd po zrobieniu uprawnień, który dał mi szansę podszkolić się pod okiem instruktorów i spędzić nieco więcej czasu na niebie.

Pamiętam, że jechałam nieco przestraszona, przejęta, ale mimo wszystko ciekawa nowej przygody. I właśnie w 2023 roku, na zboczach La Posa wykręciłam swoje pierwsze 4 godziny. Byłam pod dużym wrażeniem tego, że przez tyle czasu potrafiłam się sama utrzymać w powietrzu, patrząc jak inni startują i podchodzą do lądowania. Był to drugi raz, gdy podniebny świat zawrócił mi porządnie w głowie.

Po tym wyjeździe wiedziałam, że będę chciała tu wrócić i powtórzyć podniebne wojaże.

Revine 2024

Minął rok od mojego 4-godzinnego lotu na zboczach La Posa. Od tego czasu trochę się u mnie pozmieniało. Przyjechałam do Revine z większym doświadczeniem, nowym skrzydłem oraz całkiem innym nastawieniem. Tym razem to nie strach dyktował warunki, ale ciekawość i chęć odkrycia kawałka nieba.

Stojąc ponownie na zboczach znajomej dla mnie już górki, przyszła do mnie myśl, że najlepsze jeszcze przede mną.

Revine Lago – Najlepsze jeszcze przede mną

4-dniowy maraton paralotniowy

Od pierwszego dnia pogoda dopisywała. Dlatego też w pierwszy dzień oddałam 3 loty. Pierwsze dwa to były zloty zrobione w spokojnych, porannych warunkach, by nieco się oswoić i dopasować wszystko pod nowe skrzydło.

Jednak trzeci lot to prawie 2 godziny spędzone w powietrzu. Razem z Vivką (skrzydło Airdesign Vivo 2) kręciłyśmy słabe noszenia i wywindowałyśmy nad start, gdzie w końcu zobaczyłam panoramę Dolomitów. Trochę tęskniłam za tym widokiem. Za każdym razem, gdy patrzę na te wypiętrzone skały, wstrzymuję na chwilę oddech. Dwie wylatane godziny, to również solidna nauka skrzydła, wchodzenia w zakręty, czucia noszeń, reakcji skrzydła i mojej reakcji na to co skrzydło mówi.

*

Często słyszałam od innych pilotów, że skrzydło do nich mówi. Za każdym razem się zastanawiałam co to może znaczyć. Na Vivce zrozumiałam, co inni mieli na myśli. Czułam jak skrzydło reaguje na noszenie, na moją pozycję i jak teraz dużo zależy od tego co robię. Dlatego po naszej dwugodzinnej paplaninie, drugi dzień przyniósł dwa godzinne loty.

Pierwszy z nich był bardzo wymagający. Łagodne powietrze, przeszło szybko w bardzo termiczne i dynamiczne. To znaczy, że zamiast kominów, które by łagodnie wynosiły nad start, były bomby, które podrywały skrzydło do góry, po czym odpuszczały, a skrzydło wypadało do przodu. I właśnie te sytuacje trzeba było wyłapywać, a skrzydło utrzymać nad sobą.

Nie przypuszczałam, że tak szybko z Vivką przerobię dość trudne warunki. Dlatego koncentracja, by nauczyć się nowych komunikatów od skrzydła oraz by opanować lot, była dla mnie najważniejsza. Nie powiem, że był to najprzyjemniejszy lot, ale z pewnością bardzo dużo się nauczyłam podczas niego.

Warunki w powietrzu były na tyle dynamiczne, że mieliśmy przerwę i na górkę wróciliśmy dopiero popołudniu. A powrót przyniósł znów godzinę w powietrzu, tym razem jednak już w bardzo spokojnych noszeniach.  

*

Trzeci dzień nie zaczął się dla mnie najlepiej. Fatalne samopoczucie zmusiło mnie do pozostania na startowisku i obserwowania jak inni latają. Na szczęście popołudnie przyniosło lepsze chwile i siłę do podjęcia rękawic. Nie nastawiałam się na super latanie, ale mimo słabego poranka, Vivka nieco mnie rozkręciła w powietrzu i zabrała na bardzo przyjemny lot, podczas którego udało się wykręcić 1,5h w powietrzu.

*

Czwarty dzień to kolejne loty i kolejne 2 godziny w powietrzu. Jednak po tym dniu czułam bardzo duży niedosyt. Mimo, że starty były wręcz idealne to miałam poczucie, że potencjał, który był w powietrzu, niestety nie wykorzystałam. Można pomyśleć, że przecież miałam super latanie przez ostatnie dni, więc czego może mi brakować. No niestety brakowało mi satysfakcji, brakowało takiego lotu z którego byłabym po prostu zadowolona.  

Revine Lago – czysta przyjemność latania

Czysta przyjemność latania

Nie ukrywam, ale patrzyłam z nadzieją na piąty i zarazem ostatni dzień wyjazdu. Zawsze traktuję ten dzień z dużym dystansem, jednak siedziała we mnie nieukryta chęć wylatania się. Mimo, że skręcało mnie w środku, to obiecałam sobie, że po prostu będę latać najlepiej jak potrafię i mieć z tego 100% zabawy. Nawet jeżeli ta zabawa miałaby trwać tylko godzinę.

*

W ten sposób po dotarciu na szczyt, skupiłam się na przygotowaniu do lotu. Czułam, że będzie dobrze. Czułam, że razem z Vivką odkryjemy nowy kawałek nieba. Dlatego nie spędzając dużo czasu na wpatrywaniu się w niebo i rozgadywaniu się z grupą, wypakowałam plecak, przygotowałam skrzydło, ubrałam uprząż, podpięłam wszystkie taśmy i ruszyłam na start.

Wiatr podwiewał pod skrzydło. Obróciłam się do Vivki, wzięłam sterówki, taśmy A i lekko je pociągnęłam. Skrzydło chętnie wstało, gotowe na kolejną przygodę. Takiego spokoju, nie czułam nigdy. Skrzydło lekko zareagowało, a ja miałam chwilę by się odwrócić i z czystą głową wystartować.

*

Zgrałam się ze skrzydłem i zaczęłam esować, nabierając nieco wysokości.

Wpadłam w pierwszy komin i zyskałam kolejne metry do góry. Chciałam zobaczyć zachodnią grań i faktycznie w tamtym kierunku poleciałam. Niestety, nieco mnie zdusiło i zaczęłam wracać w kierunku startowiska, licząc na jakieś noszenie. O mały włos, a musiałabym się kierować w kierunku lądowiska. Jednak kręcenie słabych kominów w poprzednie dni, teraz przydało się jak złoto. Z 1000 metrów zaczęłam się wykręcać na 1300 i wróciłam do gry.

Warunki w powietrzu nie były łagodne. Często rzucało, ale nie tak bardzo jak w drugim dniu. Mimo wszystko doświadczenie właśnie z drugiego dnia teraz procentowało. Wyłapywałam podmuchy i wchodziłam na pełnej petardzie w kominy. Traciłam metry i windowałam w słabych noszeniach. Byłam w innym świecie.

Kiedy reszta grupy wylądowała i zbierała się do drugiego startu, ja się wykręcałam na 1762 metrów. I w sumie jest to mój rekord wysokości!

Będąc w paralotniowym kosmosie, zostawiłam za sobą wszystko inne dookoła. Po raz pierwszy doświadczyłam niepochamowanej frajdy z latania. Byłam skupiona na tym co robię, ale szczęście i satysfakcja jaką z tego czerpałam, przełożyła się na całokształt. Byłam wdzięczna, a z drugiej strony wiedziałam, że w końcu będę musiała wylądować.

Na radiu słyszałam kolejne komunikaty dobiegające ze startowiska i podpatrywałam kolejnych pilotów, którzy wzbijali się w powietrze.

Za nami budowała się potężną chmura, dlatego zakręciłam by być bliżej przedpola. Pokręciłam się jeszcze trochę na zboczu, ale w końcu chmura na tyle się zbliżyła, że trzeba było dość szybko wyjść ze stanu euforii. Założyłam uszy, wcisnęłam speeda i skierowałam się do lądowania.

***

Wylądowałam miękko. Spojrzałam na zbocze, niebo, skrzydło, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nie było łatwo, bo w sumie przez 3 godziny mocno mnie wytarmosiło w powietrzu.

Może się wydawać to absurdalne, ale lot, który był dla mnie największym znakiem zapytania, stał się najlepszym wspomnieniem. Pozwolił mi też uświadomić sobie, jak wiele jest do odkrycia i jak wielką mogę z tego czerpać wolność, radość, przyjemność i satysfakcje.

Revine Lago po raz kolejny pokazało mi najlepszą stronę latania. Nie da się oddać dwóch takich samych lotów. I to jest chyba najciekawsze i najpiękniejsze w tym sporcie. Dlatego mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę i odkryję kolejny kawałek podniebnego świata.

Revine Lago – Nawet po najlepszym locie, trzeba wylądować

Może Ci się spodobać również...

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz