Tydzień czasu spędzony w Maroko, szybko minął. Jednak zanim wspólnie opuścimy ten kraj, kilka słów o tym co tu robić, gdy wiatr nie dopisuje.
Przez cały tydzień był tylko jeden dzień, kiedy nie dało się latać. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć nieco więcej. Choć przyjechałam tu głównie po to, by fruwać, nie da się ukryć, że turystyczna wersja Maroka również bardzo mnie ciekawiła.
Dzień nielotny
Tak jak w pozostałe dni, również ten rozpoczęliśmy od tradycyjnego marokańskiego śniadania. Niezależnie od miejsca, w którym jedliśmy, składniki nie różniły się znacząco – zmieniała się jedynie forma podania.
Typowe śniadanie składało się z dwóch jajek sadzonych albo omletu. Do tego podawano chleb lub naleśniki, a do nich – w małych miseczkach – ser biały, oliwę z oliwek, dżem oraz amlou. Amlou to pasta z oleju arganowego, startych migdałów i miodu, przypominająca w smaku słodsze masło orzechowe. Do całego zestawu zawsze serwowano świeży sok pomarańczowy oraz kawę lub herbatę.
Po obfitym śniadaniu ruszaliśmy albo na podbój nieba, albo – tak jak tym razem – na podbój Maroka.

Plaża Legzira
Na pierwszy cel zwiedzania wybraliśmy jedną z największych atrakcji regionu – Plażę Legzira. Zachwyca ona niepowtarzalnymi czerwonymi klifami i naturalnymi łukami skalnymi, które tworzą bajkowy krajobraz.
W przeciwieństwie do bardziej turystycznych plaż Maroka, Legzira zachowała swój dziki i spokojny charakter. To idealne miejsce na długie spacery brzegiem oceanu, odpoczynek przy szumie fal oraz podziwianie surowego piękna przyrody.
Najłatwiej dotrzeć tu samochodem – z Mirleft to zaledwie 25 minut jazdy. Droga prowadząca do plaży jest dobrze utrzymana, a na miejscu znajduje się parking. Następnie czeka nas kilkuminutowy spacer, aby dotrzeć na samą plażę i podziwiać jej malownicze widoki.

Sidi Ifni
Po spacerze, wybraliśmy się do Sidi Ifni – jednego z najbardziej urokliwych miejsc na marokańskim wybrzeżu Atlantyku. Miasto znajduje się około 10 km na południe od Legziry i ma fascynującą historię. Przez wiele lat było kolonią Hiszpanii, a w latach 1934–1969 stanowiło część hiszpańskiej prowincji Ifni. Z tego względu dominującym stylem architektonicznym jest kolonialne art déco.
Odwiedziliśmy również lokalny targ, gdzie niektórzy z naszej grupy zaopatrzyli się w tradycyjne wyroby rzemieślnicze, kolorowe tkaniny oraz lokalne przyprawy.

Fort kolonialny w Mirleft – strażnik wybrzeża
Po ekspedycji do Legziry i Sidi Ifni wróciliśmy do Mirleft, by tym razem odkryć tajemnice murów starego fortu kolonialnego. Zbudowany przez Francuzów w XX wieku, góruje nad okolicą, oferując spektakularne widoki na ocean i wybrzeże.
Fort był częścią linii fortyfikacji mających na celu kontrolę regionu oraz ochronę przed lokalnymi powstaniami.
Dziś, choć częściowo zrujnowany, wciąż pozostaje ważnym zabytkiem historycznym, przypominającym o stosunkowo niedawnej walce Maroka o niepodległość. Przypomnę, że kraj ten uzyskał ją w 1956 roku.

Plaża Aglou
A na koniec – jeszcze trochę słońca, którego tutaj nigdy nie brakuje.
Zachody słońca to jedne z moich ulubionych wspomnień z Maroka, zwłaszcza te podziwiane z plaży. Ocean szumiał, fale rozbryzgiwały się o skały albo spokojnie rozlewały po piasku.
Można było krzyczeć, śpiewać lub szeptać – a wiatr i tak wszystko porywał, unosząc piasek, słowa i myśli gdzieś daleko.
Dzień zakończyłam na plaży Aglou, pośród złotych piasków i błękitu Atlantyku.
Aglou to kolejne miejsce nieodkryte przez masową turystykę, dlatego mogę śmiało powiedzieć, że miałam niemal prywatny seans zachodu słońca.

Pożegnanie z Afryką
To by było na tyle z marokańskiej przygody. Czas wracać z podniebnych i miejskich wojaży. Przez tydzień czasu, uważam, że udało się bardzo dużo zobaczyć i przeżyć.
Musze przyznać, że Maroko okazało się dla mnie czymś więcej niż tylko kolejnym punktem na mapie – było solidną lekcją o świecie i o sobie.
Choć czułam, że nie należę do tutejszego świata, to cieszę się, że mogłam tu być. Że przez te kilka dni mogłam dotknąć, poczuć i zrozumieć Maroko na swój sposób.
Wyjeżdżam stąd nie tylko z bagażem doświadczeń, ale także z ciepłem słońca, nowymi smakami i dźwiękami, które wciąż do mnie wracają. A przede wszystkich – z bezkresem nieba i wspomnieniami chwil spędzonych w powietrzu.
To, co na początku było wyzwaniem, stało się przygodą i częścią mojej historii. I chyba właśnie dla takich momentów się podróżuje. I dla takich chwil się lata.

Brak komentarzy