My Blue World

My Blue World – Maroko cz. 2: Nid d’Aigle, Kerdous i Bounaamane

Wszędzie dobrze, ale w powietrzu najlepiej!

W końcu, po pierwszym szoku, wielu skrajnych emocjach, mogłam stanąć na pierwszym startowisku i zakosztować ulgi w powietrzu.

Nid d’Aigle – startowisko

Nid d’Aigle jest to bardzo wygodnym startowiskiem z kilku powodów.

Dużym plusem jest na pewno sam dojazd, który z lądowiska trwał zaledwie 10 minut. Dzięki temu, nawet jeśli ktoś nie utrzymał się długo w powietrzu, mógł w krótkim czasie ponownie wystartować.

Startowisko jest wybetonowane i wystarczająco szerokie, by pomieścić obok siebie 3 rozłożone paralotnie. Pozostałe osoby mają również sporo miejsca, by w jego tylnej części przygotować się do startu. Dzięki czemu, nigdy nie tworzyły się długie kolejki.

Warto dodać, że na górze jest mały bar, w którym zawsze można cos zjeść, uzupełnić płyny, odpocząć albo poczekać na odpowiednie warunki, podziwiając widok na Ocean Atlantycki. Startowisko jest płatne, a dzienna opłata to 30 dirhamów, czyli około 12 zł.

Lądowisko to niewielkie, oczyszczone pole z krzaków, tuż przy drodze asfaltowej. Przez brak krzaków, łatwo je zlokalizować zarówno ze startowiska, jak i z powietrza. Gdyby się okazało, że pilot źle oszacował odległość do lądowiska, to akurat na brak przestrzeni do lądowania nie mógł narzekać.

Startowisko Nid d’Aigle z widokiem na Ocean Atlantycki

Nid d’Aigle – Pragnienie latania

Wszyscy byli bardzo ciekawi pierwszych lotów oraz poznania startowiska i zbocza. Ja sama miałam wewnętrzny głód latania, który chciałam jak najszybciej nasycić. Jednak nie było to takie proste.

Osobiście, pierwszego dnia nie wspominam za dobrze. Byłam nawet nieco zła na siebie, że nie wykorzystałam go tak bardzo, jak chciałam. Na startowisku Nid d’Aigle, latanie było głównie żaglowe. I muszę przyznać, że było dla mnie mega trudno utrzymać się w powietrzu dłużej niż 30 minut. Być może wynikało to z faktu, że nie latałam, aż tak blisko zbocza. Jednak perspektywa lądowania w tych skałach i kaktusach nie napawała mnie odwagą, by podjęć taką decyzję. Dlatego mogę tylko siebie winić, albo sobie za to podziękować.

Bardzo mnie jednak podbudowała sytuacja, kiedy po około 10 minutach latania, byłam na tyle nisko, że musiałam myśleć już o lądowaniu. W ostatnim jednak momencie, wario zaczęło dawać znać, że trzeba kręcić. Korzystając z nadarzającej się okazji, małymi kółkami, cierpliwie udało się wykręci po zboczu do góry.

W zasadzie jest to jeden z moich ulubionych momentów podczas latania, kiedy z niskiej wysokości uda się mi wrócić do latania w górze. Taka moja nagroda za cierpliwość, uważność i koncentracje.

*

Drugiego dnia udało mi się przełamać granicę 1 godziny w powietrzu, co uważam za duży sukces. Choć kosztowało mnie to bardzo dużo skupienia, szukania tych noszeń, zakręcania w odpowiednim czasie, obserwowania i przewidywania intencji innych. Muszę przyznać, że był to jeden z najbardziej wymagających lotów w mojej krótkiej karierze.

Jednak to nie najdłuższy lot sprawił mi najwięcej radości tego dnia. Najbardziej ucieszył mnie całkowicie samotny start. Wszyscy z grupy wystartowali, kiedy wiatr jeszcze fukał. Ja nie zdążyłam załapać się na ostatnie podmuchy. Wiatr ucichł na dobre kilkanaście minut. Instruktorzy pojechali, by zebrać grupę z lądowiska, dając mi znać, że gdybym chciała, mogę startować. Zostałam sama z gotową do lotu Vivką. W pewnym momencie, wiatr znów zaczął podwiewać. Sprawdziłam, czy wszystko jest podpięte, analizując czy mam startować. Choć nie był to pierwszy start solo, to różnił się od wszystkich pozostałych. Zaczęłam wciągać skrzydło nad głowę. Wiedziałam co i jak mam zrobić, kiedy przyhamować i kiedy biec. Takiego spokojnego i pewnego startu nie miałam nigdy.

Sam lot nie był spektakularnie długi – oszałamiające 5 minut. Jednak przez to, że nikogo nie było ze mną na starcie i wiedziałam, że nikt nie będzie czekał na mnie na lądowisku, sprawiło, że poczułam się po prostu wolna. Pojedyncza jednostka pośrodku marokańskich piachów, kaktusów i oceanu. Sama sobie okrętem. Zdziwiło mnie to uczucie, bo przecież to nie był pierwszy raz, kiedy sama startowałam. A mimo to, był to jeden z najlepszych moich startów.

Dzikie startowiska

Nadszedł dzień, w którym wiatr na tyle mocno wiał, że na Nid d’Aigle nie dało się latać. Ruszyliśmy naszą karawaną w poszukiwaniu innych startowisk, schowanych w głąb lądu.

Nasi Najlepsi wypatrzyli dwa potencjalne startowiska:

  • Kerdous
  • Bounaamane

Jako pierwsze sprawdziliśmy Kerdous. Z naszego miasteczka Mirleft, poświęciliśmy prawie 2 godziny jazdy, by się tu dostać. Duży plus był taki, że na start prowadziła droga asfaltowa! Samo startowisko jest trochę dzikie, skaliste i wymagające. Lądowisko znajdowało się w dolinie, na skalistym polu, ograniczonym liniami wysokiego napięcia. Nie wszyscy z grupy odważyli się, by spróbować stamtąd startować. Ja osobiście zrezygnowałam z tego startu.

Widoki z startowiska Kerdous i pierwszy śmiałek na paralotni.

*

Po pierwszym, trudnym startowisku ruszyliśmy dalej, w poszukiwaniu drugiego miejsca – Bounaamane. Znajduję się ono w połowie drogi z Kerdous do Mirleft. Na mapach Googlach jest ono nawet zaznaczone jako Take-off (współrzędne: 29.510848, -9.755432). Niełatwo się tu jednak dostać. Za bardzo nie można ufać gpsowi, bo poprowadzi Was wąskimi ścieżkami, gdzie zwykły samochód sobie nie poradzi.

Nie znaczy to, że nie ma tu w ogóle dojazdu. Będziecie mogli poczuć się jak prawdziwi poszukiwacze przygód, ponieważ trzeba wziąć mapę i sprawdzić bardziej szutrowe drogi dojazdowe, które w Googlach są dobrze widoczne. Punkt parkingowy znaleźliśmy niedaleko szkoły podstawowej, na poboczu drogi.

Zostaliśmy powitani przez grupę dzieci, które z ciekawości przybiegły zobaczyć nowoprzybyłych.

Od miejsca parkingowego do startowiska trzeba podejść jakieś 5-10 minut. Niby nie dużo, a miałam wrażenie, że wylądowałam na Marsie. Pomarańczowy kolor piachu pochłaniał cały krajobraz, aż po horyzont.

I na tym pustkowiu postanowiliśmy latać. Znów byłam sceptycznie nastawiona i pewnie gdybym była sama, nie starczyłoby mi odwagi, żeby wystartować. Jednak podpowiedzi i wsparcie instruktora zrobiły swoje. Przypięłam Vivkę do siebie i śmiało ruszyłam w powietrze.

Była to najlepsza decyzja tego dnia. Kolejne złamanie jakieś swojej bariery w głowie, przełamanie i przekonanie samej siebie, że jednak coś potrafię. Fantastycznie było mieć cały marokańsko-marsjański bezkres pod i przed sobą, a cały strach zostawić na startowisku.

W drodze na startowisko Bounaamane.

Najlepsze latanie

Gdybym miała wybrać ulubiony dzień latania w Maroko, bez wahania wskazałabym właśnie czwarty dzień przygody.

Wróciliśmy na startowisko Nid D’Agile i tu spędziliśmy całą środę na lataniu. No może nie całą, bo każdego dnia koło południa zaczynało dopiero podwiewać na tyle mocno i z dobrej strony, że można było startować.

Tego dnia byłam w dzikiej euforii. Latanie i dobra zabawa pochłonęły mnie całkowicie. Tego dnia postawiłam wszystko na przygodę i wyruszyłam na samodzielną eksploracje zbocza, zostawiając wszystkich na drugim jego końcu.
Byłyśmy tylko ja, Vivka i cała górka do naszej dyspozycji.

Nie miałam czasu na jedzenie, ani na odpoczynek. Byłam całkowicie pochłonięta i oddana startowi, lataniu i lądowaniu. Już nie czekałam na sygnały by startować. Byłam w całkowicie innym świecie. Wiedziałam co, gdzie i jak. Oceniałam, wpinałam się, sprawdzałam i startowałam.

Latałam na całej szerokości. Z jednego końca zbocza na drugi. W końcu było też nieco więcej termiki, więc kilka małych kominów mogłam wykręcić, by nieco nadrobić wysokość na zboczu.

I tak aż do momentu, gdy wiatr na tyle osłabł, że wszyscy przestali latać, bo już nic nie nosiło.

Euforia pomału opadała, a ja w końcu znalazłam czas, żeby zatrzymać się i zerknąć na obszar mojej eksploracji. O ziemskich problemach, przypomniał mi mój żołądek, który błagał o zastrzyk kalorii.

Widok z startowiska Nid d’Aigle.

Ostatni dzień latania na Nid d’Aigle

Ostatni dzień latania stał pod dużym znakiem zapytania. Od godziny 10, wiatr wiał w plecy, a od 13 miało mocno wiać. W teorii mieliśmy 3 godzinne okienko pogodowe z dobrymi warunkami. Każdy był mocno skupiony, by wykorzystać ostatni dzień i ostatnie podmuchy.

Miałam 3 starty i każdy z nich to był dłuższy zlot. O ile pierwszy start był w spokojnych warunkach, tak przy drugim, czuć było nasilający się wiatr. Trzy razy próbowałam opanować skrzydło, które wiatr chciał mi wyrwać z rąk. A kiedy w końcu udało się obrócić, wiatr szarpnął skrzydło i mnie do góry, po czym opadłam w tym samym miejscu. Odruchowo zrobiłam „jaskółkę” i starałam się biec, by wystartować. I to by było na tyle z wrażeń. Lot trwał nieco ponad 2 minuty.

3 start i lot był najmniej udany. Wiatr zaczął mocniej podwiewać. Nie łatwo było mi opanować skrzydło. O mały włos, a zakończyłabym go na starcie w kaktusach. Na szczęście, udało się wyjść z opresji, w ostatnim momencie zaciągnąć prawą sterówkę i ślizgiem opuścić start.

Wszystko się działo tak szybko, że po starcie, zamiast skupić się na locie i tym by jak najlepiej go wykorzystać, strach wziął górę. Odleciałam za bardzo od góry, wpadłam w duszenie, chciałam się jeszcze podratować i wejść w jakiś komin, żeby nadrobić wysokość, ale było już za późno. Mogłam tylko podejść do lądowania.

Niestety, nie każdy lot jest podniosły, miły, przyjemny. Choć czułam ogromny zawód, wzięłam to jako kolejną lekcję. Żałowałam tylko, że był to ostatni lot wyjazdu oraz tego, że nie będę mogła naprawić ostatniego wrażenia. Mimo wszystko, bardzo się cieszyłam, że wszystkie lądowania zakończył się sukcesem.

Odpoczynek na startowisku Nid d’Aigle

Może Ci się spodobać również...

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz