My Blue World

My Blue World – Maroko cz. 1

Maroko – kraj w północno-zachodniej Afryce, gdzie ocean spotyka się z pustynią, a bezkresne przestrzenie kuszą możliwościami. To właśnie tutaj, pośród marokańskich bezdroży i atlantyckich wybrzeży, przeżyłam niezwykłą, podniebną przygodę razem z ekipą FlyingMan.

Pomysł na latanie w Maroko, zrodził się dwa lata temu podczas luźnej rozmowy paralotniowej. Już wtedy wizja podboju nieba na innym kontynencie zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy w dzisiejszym świecie – w dobie sztucznej inteligencji, wszechobecnej technologii i coraz trudniejszych do pobicia rekordów – podróże za ocean nadal budzą w ludziach ekscytację. Dziś wycieczkę w najdalsze zakątki świata można kupić od ręki w najbliższym centrum handlowym. A jednak… paralotniowe wyprawy mają w sobie coś, czego nie da się zamknąć w katalogu biura podróży.

Dla mnie ich magia tkwi w tym, że pozwalają sięgnąć dalej – tam, gdzie normalnie nigdy bym się nie ośmieliła. Bez paralotni nie wiem, czy odważyłabym się spędzić siedem dni w małej wiosce pośrodku niczego. A jednak tutaj, razem z Vivką, odcinamy się od pędzącego świata i zaczynamy naszą własną, małą podróż w nieznane.

Przygotowanie i cenne wskazówki

Maroko jest o tyle wdzięcznym krajem, że po za paszportem i biletem lotniczym, nie potrzebujecie wiele by wyruszyć do tego państwa. Jedyny haczyk związany z biletem to fakt, że na lotnisku akceptują jedynie wersję papierową. Elektroniczne potwierdzenia w aplikacjach nie wchodzą w grę. Aby móc wydrukować bilet, trzeba wcześniej odprawić się i wykupić miejsce do siedzenia. Niby nic trudnego, ale warto o tym pamiętać podczas zakupu biletów.

*

Zanim wyruszymy w podróż, warto zabrać ze sobą podstawowe leki oraz coś wspomagającego trawienie i zapobiegającego zatruciom pokarmowym. O bandażach czy plastrach także nie zapomnijcie, bo w mniej turystycznych rejonach apteki bywają rzadkością.

*

Na koniec – gotówka i łączność ze światem! Płacenie kartą w Maroku nie jest powszechne, więc warto mieć przy sobie odpowiednią ilość gotówki. Co ciekawe, w Polsce nie wymienicie waluty. Możecie wymienić pieniądze w kantorze na lotnisku lub szukać kantorów w miasteczkach, ale kurs przewalutowania w miastach może być różny i niekoniecznie korzystny.

Jeśli chodzi o łączność internetową, to są dwie opcje: albo aktywujecie e-SIM w Polsce i załatwiacie wszystko przed wyjazdem, albo na lotnisku w Maroku udajecie się do punktu, gdzie pracownik wymienia kartę SIM, wklepuje odpowiednie kody i za około 20 euro otrzymujecie 20 GB internetu. Wybór należy do Was!

A teraz, gdy wszystkie formalności już znacie, zakładamy czapkę na głowę i ruszamy w drogę!

Żegnamy Polskę, bo czas na marokańską przygodę!

Maroko – pierwsze wrażenia

I o to jesteśmy! Po ok. 7 godzinach podróży, w końcu drzwi kabiny samolotu otwierają się. Pierwsze podmuchy afrykańskiego, nieco wilgotnego i ciepłego powietrza wpadają do środka.

Trochę niedowierzam, że właśnie stoję na innym kontynencie – pierwszy raz w życiu! Przede mną 7 dni odkrywania, doświadczania, no i oczywiście latania!

Witamy w Maroko!

Witamy w Maroko

Nie było łatwo opuścić lotnisko, ale po pięciu kontrolach w końcu się udało. Nasze samochody terenowe już czekały w gotowości, a punktem docelowym było miasteczko Mirleft, oddalone 120 km na południu od Agadiru.

Podróż trwała dwie godziny, a ja nie mogłam oderwać wzroku od okolicy. To, co pierwsze uderzyło mnie w afrykańskiej scenerii, to nie piach, jak można by się spodziewać, ale śmieci. Na pustych polach zamiast roślin, które zwykle kojarzymy z terenami pustynnymi lub stepowymi, zalegały reklamówki i opakowania różnego rodzaju. Dzikie psy przeszukiwały je w nadziei na jakikolwiek kąsek. Na ulicach brakowało koszy, więc śmieci leżały wszędzie.

Druga rzecz, która została ze mną do dzisiaj, to widok niedokończonych miast.

Może to być myląca ocena, ale dla mnie wiele budynków wyglądało po prostu na porzucone. Ich szkielety były wmieszane w miasto, dlatego z jednej strony miało się wrażenie, że budowa trwa, a z drugiej strony, nie było widać nikogo, kto by się nimi interesował.

W tych, które wyglądały na dokończone, trudno było zauważyć, żeby ktoś w nich mieszkał. Przez cały tydzień, na naszym osiedlu widziałam tylko 3 osoby. Brakowało dzieci, bawiących się albo biegających po ulicach; kobiet zajmujących się domem czy mężczyzn, którzy by się krzątali wokół domu, pochłonięci drobnymi naprawami. Wieczorami, tylko wiatr hulał, dudniąc w tych pustych i gołych oknach.

Swoją drogą, okna w domach stanowiły dla mnie dużą zagadkę. Jedne bardzo zabudowane, zakratowane, inne zamknięte okiennicami.

No i na koniec jeszcze infrastruktura drogowa. Droga asfaltowa była głównym łącznikiem, ale tylko między miastami. Wewnątrz miasteczka, o asfalcie można było zapomnieć. Zamiast niego pozostawały do dyspozycji jedynie drogi szutrowe, ziemne, a nieraz i ich ciężko było doświadczyć.

Mirleft – tu mieszkamy.

Marokańska samotność

Patrząc na te budynki, drogę, która ginęła między nimi, przechodził mnie czasem dreszcz. Po jakimś czasie zorientowałam się, że przy domach brakowało ogródków, kwiatków, kaktusów – czegokolwiek, co mogłoby świadczyć, że w tym domu tętni życie.

Zdaję sobie sprawę, że ziemia, a w właściwie piach w Afryce, nie należy do najłatwiejszych w uprawie. Niemniej jednak, patrząc na te domy, brakowało mi w nich czegoś – kobiecej ręki, łagodności, dopieszczenia, zaopiekowania się nimi.

*

Przemieszczając się między wioskami, widziałam pojedyncze domy pośrodku niczego. Odizolowane, zabarykadowane, czasem otoczone wysokim murem. Czy ktoś tam mieszkał? Czy były to posiadłości, których właściciele wędrowali z miejsca na miejsce? Nie wiem, ale sama perspektywa wyjścia z takiego domu do codziennych obowiązków, dziwnie mnie przytłaczała.

Patrząc na nie, czułam dziwną pustkę, a może nawet nieco samotności wtargnęło w to wszystko.

*

To uczucie towarzyszyło mi przez całą podróż po Afryce mimo, że mijając miasta i wioski, mijałam też ludzi. Głównie mężczyzn. Z zaciekawieniem podążali wzrokiem za naszą małą karawaną. Oni w przeciwieństwie do nas, nigdzie się nie spieszyli. Nawet na najbardziej ruchliwej ulicy, nie zwracając uwagi na pojazdy wielkogabarytowe, podnosili rękę i powoli zmierzali załatwić swoje sprawy, albo po prostu by zatrzymać na drugim końcu ulicy.

W Maroku często widziałam mężczyzn, którzy spędzali czas od wczesnych godzin porannych, siedząc pod murem domu, przy bramie, na poboczu drogi – czekając na coś, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, obserwując wszystko i wszystkich dookoła.

Podobnie jak w przypadku domów, tak w gwarze i krajobrazie miasteczka brakowało mi kobiet. Ciężko było spotkać kobiety, nawet w drodze na zakupy, w sklepie z ciuchami czy na straganach. Przemykały gdzieś prawie niezauważalnie, albo odwracały szybko głowę.

*

Nasza wizyta w miasteczku wywołała sporo zamieszania. Cały rytm miasteczka w jakiś sposób został zmącony. Nie dość, że byliśmy liczną grupą białych turystów, to jeszcze w grupie były 4 dziewczyny. Momentami czułam się jak intruz. Jako biała kobieta bez chusty, łatwo było na siebie zwrócić uwagę. Pamiętam, kilka sytuacji, kiedy byłyśmy brane na przysłowiowe języki. Takie odniosłam wrażenie, kiedy idąc chodnikiem, wszystkie oczy były wlepione w jedną z nas. Niesłychanie krępujące uczucie. Dlatego samotne zwiedzanie miasteczka, dla mnie, nie wchodziło w ogóle w grę.

Trochę przestrzeni i oddechu można było złapać na plaży. Tam, nieco więcej kobiet przebywało popołudniem. Nawet dzieci wesoło biegały po plaży albo lepiły babki z piasku.

Jednak, miałam takie swoje miejsce w Afryce, gdzie wszystko to co mnie przerażało, zostawiałam daleko za sobą, a nawet pod sobą! Najlepsze miejsce odnalazłam w kokonie, trzymając sterówki Vivki i mając przed sobą naprawdę cały świat.

I o tym świecie, kilka słów w drugiej części mojej opowieści o Maroko.

Marokańska plaża w Mirfleft.

Może Ci się spodobać również...

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz