My Blue World

My Blue World – Twardorzeczka

Twardorzeczka to mała wieś oddalona 10 kilometrów od Żywca. Właśnie tutaj, pod okiem instruktorów ze szkoły paralotniowej „Flyingman” rozpoczęłam swoją przygodę z lataniem.

Któż z nas nie pomyślał, że chciałby być wolny jak ptak. Pod stopami mieć cały świat. Zerwać się łańcucha codzienności, a przed sobą mieć tylko przygodę.  

Ja również kiedyś o tym marzyłam. Szczególnie wiosną lub jesienią, gdy wpatrywałam się w niebo i obserwowałam klucze żurawi, które łapały wiry nad dachem mojego domu.

Machałam im z nadzieją, że za pół roku znów się zobaczymy. Nie przypuszczałam jednak, że będzie mi dane oderwać się od ziemi i zobaczyć świat z ich perspektywy. Tymczasem, wiatr przygody porwał mnie w majowe popołudnie i pokazał, że moim celem będzie w jakiś sposób wylądować na ziemi.

***

Zapewne nie było to zbyt rozsądne z mojej strony, ale nie zrobiłam większego rozeznania przed całą moją przygodą z lataniem. Z resztą, za bardzo nie było na to czasu. Z perspektywy czasu uważam, że gdybym zabrała się za doczytywanie szczegółów technicznych, nie wystarczyłoby mi odwagi, aby w ogóle spróbować.

Wszystko rozkręciło się na wariackich papierach. Wkręciłam się w latanie, nie mając o nim pojęcia. Niektórzy, a może i większość przystępując do kursu paralotniowego, mają za sobą pierwsze doświadczenie w postaci lotu tandemem. W przeciwieństwie do nich, ja zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, a mimo to od razu porwałam się na kurs. Cała przygoda zaczęła się dla mnie od końca. Miałam wizje finału, podniebnych wyczynów, pięknych widoków oraz wspólnych lotów ze znajomymi za trzy tygodnie na Słowenii.

Problem był taki, że poza wspaniałym pomysłem na niebanalną przygodę i dziecięcymi marzeniami, nie miałam nic. W ciągu trzech tygodni, musiałam się zorganizować i dać z siebie wszystko. Bardzo chciałam przejść poprawnie pierwszy etap, nauczyć się podstaw i móc pojechać na drugi etap kursu. Na to wszystko miałam tylko jedną próbę.

Może brzmi to nieco nad wyraz, jednak miałam w sobie przekonanie, że trzeba kuć żelazo póki gorące. 

***

W piątek całe przedsięwzięcie nabiera pędu, a ja za sterami wyobrażonego okrętu staram się nie być tylko pasażerem.

Rezerwuję nocleg Apartamentach Siedlisko. To właśnie tam będę rozwiewać swoje wątpliwości, czy aby na pewno jestem w odpowiednim miejscu.

Twardorzeczka – Pierwsze doświadczenie z lataniem.

W sobotę po południu melduję się na twardorzeckiej łące, gdzie mam pierwsze zapoznanie ze skrzydłem. 

Dla mnie jako dla żółtodzioba, łąka nie kojarzyła się w ogóle z lataniem. Okazało się jednak, by w ogóle myśleć o starcie, trzeba nauczyć się biegać ze skrzydłem. Ma to przygotować kursanta do startu. Według wskazówek od instruktora, staram się wciągnąć skrzydło nad siebie i dobiec z nim na drugi koniec łąki. Całe popołudnie spędzam na tym ćwiczeniu. Z boku wygląda to bardzo błaho, ale dźwiganie skrzydła, które momentami żyje własnym życiem, nie należy do najłatwiejszych.

Obserwuję innych kolegów na łące, którzy ćwiczą to samo co ja, ale z silnikiem na plecach. Im też nie jest łatwo. Zauważam jednak, że oni, nie biegają w koszulce jak ja, ale w bluzach z długim rękawem. Słońce daje popalić, to też dziwie się, że są w stanie w tym wytrzymać. Bardzo szybko zaczynam żałować, że i ja nie mam takiej bluzy. Dla kursanta nie jest to oczywiste, ale gdybym miała taką bluzę, to może zaoszczędziłabym sobie obtartych i posiniaczonych rąk.

Kolory siniaków wychodzą na drugi dzień, gdy melduję się na Wapienniku. Obtłuczone ramiona od taśm nie prezentują się korzystnie. Wyglądają wręcz patologicznie, ale nie zraża mnie to.

To czego uczyłam się poprzedniego dnia na łące, będę stosować w praktyce. To oznacza, że po raz pierwszy w życiu miałam szansę faktycznie oderwać się od ziemi. Jednak i to nie należało do najłatwiejszych czynności. Powodów było kilka: nie przyhamowałam w odpowiednim czasie skrzydła, za wolno biegłam albo za wcześnie siadałam w uprzęży. Doświadczając tego, nie wierzyłam, że start może być okupiony takim wysiłkiem, a przecież to dopiero początek wszystkiego!

Twardorzeczka – w końcu w powietrzu!

Jednak pamiętam pierwszy raz, gdy wystartowałam, bo w jakiś sposób, w końcu zsynchronizowałam się ze skrzydłem, a ono wdzięcznie zabrało mnie kilka metrów ponad koronę drzew. Pamiętam, że oniemiałam z wrażenia. Nie byłam w stanie pomyśleć o niczym, a mimo to, ku mojemu zaskoczeniu, polubiłam uczucie bycia w powietrzu od pierwszego lotu. W mojej głowie była burza emocji, strachu, ekscytacji, szczęścia, niedowierzania. Na szczęście, w całym tym zamieszaniu na radiu słyszałam instruktora, która mówił co mam robić, jak operować skrzydłem, kiedy i którą sterówką pociągnąć.

Widoki, panorama, emocje musiały pójść na bok, gdyż wystartować to jedno, lecieć to drugie, ale wylądować to trzeci punkt programu. Niestety pierwszy dzień, nie był łatwy i bardzo często lądowałam na pupie. Również odczuła to moja kostka, ale na szczęście nie na tyle, żeby się poddać.

Po części teoretycznej, obolała, ale cały czas na adrenalinie, wróciłam do Apartamentów i w końcu mogłam się zastanowić co ja tu robię i czy na pewno latanie jest dla mnie. Jednak czasu do namysłu nie było za dużo. Po południu, póki warunki do ćwiczeń były dobre, czekał na mnie powrót na Wapiennik i oddanie kilku zlotów.

Na pierwszym etapie kursu, zloty robi się rano i/lub po popołudniu dlatego, że powietrze jest spokojniejsze, a kursant może się skupić na startach i lądowaniu. Na pierwszym etapie należy takich zlotów oddać 20.

O ile sama liczba nie wydaję się duża, tak wchodzenie w uprzęży ze skrzydłem (+10/15 kg) na placach w pełnym słońcu, zmienia perspektywę tych 20 zlotów. Nigdy nie zapomnę potu, który spływał po plecach, skroniach, oczach. Nigdy nie zapomnę, tych pierwszych prób wzbicia się w powietrze, które kończyły się bolesnym spotkaniem z ziemią.

I tak jeszcze 20 razy.

Pomimo wielu nieudanych prób, w pierwszy dzień udało się rano i popołudniu oddać w sumie 12 zlotów. Co sama uważam za dobry wynik.

W drugim dniu, zmobilizowałam się i rano oddałam kolejnych 8 zlotów. Nie było łatwo, gdyż na ciele czułam wysiłek i zmęczenie z dwóch poprzednich dni. Siniaki na rękach wyglądały okrutnie, ale czułam się lepiej niż wyglądałam. No i w końcu moje lądowania zaczęły przypominać prawdziwe lądowania, a nie lecący worek ziemniaków.

Po kolejnej porcji wiedzy teoretycznej, pierwszy etap kursu dobiegł końca. Po otrzymaniu zaświadczenia, że jestem dopuszczona do etapu drugiego, przyszedł czas by spakować swoje rzeczy i wrócić na ziemie.

Koniec części pierwszej

***

Nie miałam pojęcia, że te 3 dni kursu, tak zawrócą mi w głowie. Do tej pory, wspinając się w skałach, mając pod sobą kilka, kilkanaście metrów, trzymając się tylko na kawałku buta z gumy, przy pomocy siły mięśni oraz w kilku przypadkach trzymając się tylko własnej nadziei, myślałam, że spotkałam się z największą przygodą życia. Jednak cały czas w tej przygodzie brakowało właściwego kawałka układanki. Jestem przekonana, że dzięki temu kursowi odnalazłam w końcu początek drogi do pięknej przygody, która swoją kontynuację będzie miała na Słowenii.

Może Ci się spodobać również...

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz