Piesze Tropem Korony Wyprawy

Tropem Korony – odc. 8 – Śnieżnik

Śnieżnik mnie przeczołgał, potem ugryzł, przeżuł i wypluł. Wypluł jak kawałek papieru klejonego do chleba. Ja sama miałam dość górki, pogody i siebie.

To był jeden z tych weekendów, kiedy w sobotę dobrowolnie, po kilkukrotnym wyciu budzika, wstałam o 5:30. Nieludzka pora, zwłaszcza jeżeli idzie się spać o 00:30. Trasa planowana była na 19 km. Podobny dystans już miałam za sobą, wchodząc na Kłodzką Górę. A przecież od tamtego czasu trochę się zmieniło, więcej chodziłam po górkach i byłam bardziej aktywna. Wszystko miało działać na moją korzyść. Miało, a jednak coś szło nie tak.

Polka na końcu Polski

Dzień wcześniej raz jeszcze sprawdziłam możliwość parkowania w Jodłowie.

Jodłów to wieś, których wiele w Polsce. Mała, z jedną drogą dojazdową, bez sklepu, a nawet bez kościoła. Wieś wyglądała, jakby straciła wszystkich mieszkańców. Droga, prowadząca do tej wsi, była jak „One way ticket”. Albo wjeżdżasz, albo wyjeżdżasz ze wsi. Nie było szans, by dwa samochody zmieściły się na drodze w tym samym momencie. Mało tego, nikogo nie zauważyłam w ogródkach, przed domami, na balkonach, ani w oknach. Nie zauważyłam także ani jednego samotnego psa, albo dzikiego kota błąkającego się koło drogi. Czułam, że znalazłam wymarły koniec Polski. Na samym końcu tej wioski znajdował się wygospodarowany, ogrodzony kawałek łąki z wiatą. To właśnie był ten magiczny, ale legalny parking, którego poszukiwałam. Na dodatek bezpłatny! I to właśnie tu zamarzyłam sobie zacząć całą przygodę ze Śnieżnikiem.

Parking w Jodłowie | Źródło: maps.google.com

Parking w Jodłowie | Źródło: maps.google.com

Bardzo mocno się ochłodziło. Chmury kłębiły się na niebie. Wyszłam z ciepłego samochodu i zimne powietrze po prostu we mnie uderzyło. Z zimna szczekałam zębami. W pośpiechu ubrałam kurtkę, założyłam grube skarpety, zasunęłam wszystkie możliwe zamki. Kijki w ręce i zaczynam iść szybciej, by się nieco rozgrzać. Byłam nastawiona optymistycznie do szczytu. Przez chwilę nawet słońce wyszło, co wzięłam za dobrą monetę.

Koniec początku

Po krótkim wypłaszczeniu trasa zaczęła się piąć pod górę. Nie było żadnych kamieni, po prostu przyjemna, szutrowa, leśna droga. Z oznaczeniami szlaku również nie było problemu. Wszystko do pewnego momentu, a zaczęło się od kilometrowych wiadomości.

Na początku szlaku włączyłam aplikację do mierzenia kroków. Co kilometr automatyczny, obojętny głos „Iwony” podawał czas odcinka.

– Dystans: 3 km. Czas odcinka to 12 minut 22 sekundy. 

– Dystans: 5 km. Czas odcinka to 13 minut 55 sekund.

Na początku, informacje o czasie trasy były ciekawą opcją. Miałam dużo siły i bardzo mnie to motywowało, by następny czas był choć o kilka sekund lepszy. Gorzej, gdy poprzedni czas wynosił 14 minut, a następny 25 minut. Im dłużej byłam w drodze, tym czas zaczął się nieco wydłużać. Zwątpienie przyszło, gdy dotarło do mnie, że nie jestem nawet w 1/4 całej trasy, a sił ubywa.

Profil trasy - Śnieżnik

Profil trasy – Śnieżnik

Mały Śnieżnik

Górka za górką, kilometr za kilometrem. Przede mną, zza zakrętu wyłoniło się bardzo strome i głazowate wejście. Widząc jednak, że może to być pierwszy z 3 punktów widokowych na całej trasie, wzięłam się w garść i zaczęłam się wtaczać na mniejszy szczyt. Było warto. Dotarłam na Mały Śnieżnik (1326 m n.p.m.).

Panorama z punku była niesamowita. W zasadzie, to mogłabym tam zostać, zjeść zapasy, odetchnąć patrząc na widok i wrócić tą samą drogą na parking. Jednak przecież zdobywam Koronę Gór Polski, a to zobowiązuje! Dlatego chęć zdobycia pieczątki, wzięła nade mną górę. Problem w tym, że Mały Śnieżnik to dopiero 1/3 przewidywanej trasy. Mało tego! Na pięcie czułam, że rośnie bąbel, który dawał o sobie znać z każdym krokiem. Przyklejone plastry na wiele się nie zdały. Pozostało zacisnąć zęby i ruszyć w stronę właściwego szczytu.

Mały Śnieżnik

Mały Śnieżnik

Śnieżnik

Od Małego Śnieżnika, aż po Schronisko na Śnieżniku, szło się dość przyjemnie, ale droga mi się okropnie dłużyła. Trasa mniej więcej płaska i szutrowa. Moja ulubiona. W międzyczasie, można było patrzeć na górki i widoki w samotności. Spotkałam tylko jedną parę z psem i jedną gąsienice, która leniwie wylegiwała się na kamieniu, grzejąc się do słońca. Ta to ma szczęście. Też bym sobie tak teraz poleżała, ale trzeba było cisnąć pod górę. To nie był mój dzień na wędrowanie.

Śnieżnik - towarzysz szlaku

Śnieżnik – towarzysz szlaku

Schronisko i szczyt było widać z oddali.

– Dystans: 8 km. Czas odcinka 11 minut 32 sukundy. 

Rekordowy czas tego dnia. Jednak, gdy zobaczyłam, która jest godzina, zwątpiłam. Było około 13. Czas tak szybko uciekał, a te nieszczęsne kilometry, jak osioł, stały w miejscu. Według mądrych obliczeń, powinnam zbliżać się już do szczytu, a nie mieć przed sobą jeszcze 2 km do niego. Dochodziłam do schroniska, gdy zobaczyłam tabliczkę „Śnieżnik – 25 minut”. Jednak według mapy, by wejść na szczyt potrzeba 40 minut. I kto ma rację?

Śnieżnik - chłoniemy widoki

Śnieżnik – chłoniemy widoki

Byłam obolała, zmęczona, głodna, z bąblami na piętach i dopiero dochodziłam do połowy trasy. Bo przecież wejść to jedno, ale jeszcze trzeba dotrzeć z powrotem do samochodu, a potem do Wrocławia. 2 godziny jazdy. Miałam dość. Gdyby nie to, że do książeczki muszę mieć zdjęcie ze szczytu, na pewno bym na szczyt nie weszła. Śnieżnik mnie wykańczał z każdym krokiem. Docierał mnie, jak buty moje pięty. Za daleko zaszłam, by teraz dać sobie spokój. Drugi raz nie wiem, czy bym wróciła w to miejsce. Stojąc tak przed tabliczką i nie mając za bardzo wyboru, ruszyłam na szczyt.

Bluzgałam pod nosem raz za razem.

Samo podejście było bardzo strome, pełne kamieni, korzeni i ludzi. Jak wcześniej nikogo nie spotkałam, tak wtedy czułam się jak na pielgrzymce.

Wchodzenie na Śnieżnik zajęło mi ponad 40 minut. Na samym szczycie bardzo się ochłodziło i zaczęło mocno wiać. Jak byłam spocona od wchodzenia, tak teraz znów szczekałam zębami z zimna. Żałowałam, że nie zabrałam ze sobą rękawiczek, ani czapki. Dłonie miałam jak z lodu.

By w końcu zacząć schodzić, brakło czasu na szczycie, by cieszyć się widokami. Szybkie zdjęcie, pieczątka i energiczny marsz w stronę schroniska, aby choć na moment się zagrzać.

Śnieżnik

Śnieżnik

To już jest koniec

W plecaku został tylko jeden batonik i trochę wody. Marzyłam o gorącej herbacie, albo o czekoladzie z rumem.

W schronisku mieli gorącą czekoladę. Zamówiłam, choć muszę przyznać, że nie była taka dobra jak w schronisku na Śnieżce. Jednak przyjemne ciepło, zaczęło grzać mój żołądek. Byłam przerażona drogą powrotną. Byłam wykończona tą górką. Nie przypuszczałam, że da mi tak w kość. Jednak wrócić trzeba. Ostatni raz tego dnia podniosłam plecak i zarzuciłam go na ramiona. Zaczęłam schodzić zielonym, który łączył się z niebieskim szlakiem.

Było późne popołudnie. Chmury przykryły całe niebo. Zrobiło się szaro. Na szlaku powrotnym, nie spotkałam nikogo. Idąc ścieżką od schroniska, przechodzi się przez „Umarły Las”. Nie powiem, że o tej porze dnia, było przyjemnie tamtędy schodzić. Las faktycznie umarł. Sterczące suche drzewa, pojedyncze, wyschnięte pnie i gałęzie wyglądały przerażająco i upiornie. Jeszcze brakowało tylko mgły i niezidentyfikowanego szelestu. Koloru dodawała tylko borowina, która wdzięcznie się zieleniła. To dzięki niej, jakoś zniosłam tą drogę powrotną.

Śnieżnik - Umarły Las

Śnieżnik – Umarły Las

Po półtorej godzinie, doczłapałam się do samochodu. Było mi już wszystko jedno. Tak zmęczona, wyczerpana, zziębnięta, zrezygnowana i głodna nie byłam nigdy. Cała trasa wydawała mi się wiecznością, a spędziłam na niej tylko ponad 5 godzin. Udało się przejść ponad 19 km i postawić 31 091 kroków. Dopiero na drugi dzień, zaczęłam cieszyć się zdobytym szczytem. Wcześniej nie miałam sił. To była pierwsza górka, która tak dała popalić. Nie było łatwo, dlatego ten szlak zapamiętam na bardzo długo. Dzięki tej wyprawie, zaczęłam jeszcze bardziej doceniać gorącą herbatę. Niby nic, ale od tamtego czasu jakoś lepiej smakuje.

Może Ci się spodobać również...

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz