Piesze Tropem Korony Wyprawy

Tropem Korony – odc. 7 – Wysoka Kopa

Góry wezwały, więc ruszyłam na letni szlak, by zdobyć szczyt Gór Izerskich, jakim jest Wysoka Kopa. Nie przypuszczałam, że wędrówka w deszczu przez niespełna 20 km, będzie jedną z tych, którą będę wspominać z uśmiechem na twarzy.

50°50’55.0″N 15°32’03.2″E – znalazłam lukę między drzewami. Mały kawałek ziemi z wydreptaną ścieżką. Ta luka przypominała mi nieco uchylone drzwi, przez które postanawiam się prześlizgnąć. Po przekroczeniu tej magicznej bariery, trafiłam do innego wymiaru.

Drugi wymiar – wymiar górski

Z ruchliwej ulicy, trafiłam do lasu. Niby nic, a tyle się zmieniło. Zamiast wycia samochodów, słychać przeróżne odgłosy. A to ptaków, których młode dopominających się o dodatkową porcję strawy. A to strzępy rozmów drzew, które dyskutują o tym, kto dziś nowy pojawił się na szlaku. Aż w końcu, po kilku minutach marszu, wszystko milknie. Słychać tylko miarowy stukot kropel, które uderzają o wszystko co napotkają na swojej drodze. Patrząc w górę, widziałam niby groty strzał szturmujące pole bitewne, czyli mój szlak. Strategicznie patrząc, powinno to powstrzymać mój marsz, powstrzymać atak na szczyt.

Dudnienie kropel o kaptur kurtki mocno mnie rozprasza. Na początku starałam się walczyć niby z deszczem, ale z góry była to przegrana bitwa. Już nie staram się uniknąć wody. Mam na nią mocno wyjebane. Walczę ze swoimi myślami, czy warto, czy jest sens iść pod tę górę. Kilometry się nabijają, a sił w nogach coraz mniej. Im jestem bliżej szczytu, tym bardziej skupiam się nad samym marszem, niż nad jego sensem. Zmęczenie i deszcz pozbyły mnie wszelkich negatywnych myśli. Czuję się jak swego rodzaju wojownik – „przeżyję, muszę” – myślę i wmawiam sobie.

Deszcz siąpi i jest gorąco. Na choć mały wiatr nie mogłam liczyć. Założyłam long sleeve i kurtkę, ale jej nie zdejmę, bo to moja jedyna linia obrony przed opadem. Miała być słoneczna pogoda, a tu tyle co weszłam na szlak i leje. Na samym początku szlaku, przeszła myśl by zawrócić, ale przecież nie po to tyle jechałam, by teraz wsadzić tyłek w wygodny samochód i zawrócić. Licząc na to, że przestanie padać, ruszyłam dalej.

Warto było cisnąć dla takich widoków!

Warto było cisnąć dla takich widoków!

Początek trasy, czyli nieco ponad 3 km jest stosunkowo stromy. Przez ten odcinek poprowadzony jest żółty szlak, który przypomnę, że oznacza szlak łącznikowy, czasem też dojściowy.

Warto mieć ze sobą kijki trekkingowe, bo przy takich podejściach, czuć różnicę, gdy cały ciężar spoczywa na nogach, a gdy częściowo rozkłada się on także na ręce.

Koniec stromego podejścia, widać z oddali. Gdzieś między drzewami, przemyka mi niby zamek, niby budynek. By przekonać się co to jest, trzeba pokonać jeszcze jedno strome podejście. Na chwilę wyszło słońce, które tylko „umiliło” wchodzenie. Zrobiło się strasznie duszno, gorąco, a wszystko co mogło zaczęło parować. A ja okularnica nic nie widzę. Zajebista wyprawa, nie? Jakby nie wystarczyło, że jestem niska, w okularach, to jeszcze jest duszno, gorąco i do tego nic nie mogę zobaczyć. Dobrze, że choć zdjęcie zrobiłam, to se w domu zobaczyłam, czego tam nie mogłam.

– Jeszcze dwa kroki! I jeszcze dwa. Sama siebie dopingowałam. Dzięki temu pierwszy szczyt tego dnia za mną. Ten niby zamek okazała się schroniskiem na Wysokim Kamieniu, do którego polecam zajrzeć.

Na Wysokim Kamieniu jest wspaniały punkt widokowy. Przy dobrej pogodzie widać Śnieżkę i całe Karkonosze. Ja tego szczęścia nie miałam, ale za to mogłam obserwować nadciągające chmury, które opadając w dolinę zwiastowały tylko deszcz, ewentualnie jakąś apokalipsę, ale żaden kalendarz nie przewidywał w tym czasie końca świata, więc o to się nie martwiłam. Martwiło mnie tylko, że dalej będę musiała iść w tym deszczu. Może już wolałabym ten koniec świata?

Krótka przerwa na domową kanapkę i w drogę.

Od Wysokiego Kamienia droga jest bardzo przyjemna, niby cały czas jest pod górę, ale w ogóle tego nie czuć. Podobno taki urok Izerów. Początek stromy, a potem tylko niewielkie wzniesienia. Tak było i w tym przypadku.

Profil trasy - Wysoka Kopa

Profil trasy – Wysoka Kopa

Im dalej byłam na szlaku, tym deszcz coraz bardziej padał, a kolejny krok stawiałam coraz trudniej. Kurtka nabrała nieco wody, ale nie przemokła. Czułam, że waży jakieś dwa kilo więcej, co z plecakiem na ramionach dało mi popalić.

Na trasę wybrałam swoje Salewy. Komfort chodzenia pierwsza klasa, ale przez to, iż nie posiadają membrany, przemokły mi. Początkowo dzięki skarpetom za bardzo tego nie czułam. Miło, przyjemnie i chłodno. Myślę sobie, że merino robi robotę. Nic z tego, wszystko przemokło i czar prysł.

W drodze na szczyt mija się kamieniołom „Stanisław”. Miałam ciekawy pomysł by zrobić porównanie jak wyglądał 3 lata temu, kiedy byłam tu pierwszy raz, a jak wygląda teraz. Jednak z moich planów nic nie wyszło. Była taka mgła, że ledwo zauważyłam sam kamieniołom.

Gdy jest dobra widoczność, naprawdę warto zboczyć ze szlaku i tu zajrzeć. Panorama jest zachwycająca. Można się poczuć jak dachu świata, gdyż widok z tego szczytu rozciąga się na 4 strony świata. A i sama kopalnia odkrywkowa robi wrażenie.

Kopalnia "Stanisław" - widok na 4 strony świata

Kopalnia „Stanisław” – widok na 4 strony świata. Rok 2015.

Przed samym szczytem rozpadało się tak, że gdyby nie wiata, na 100% kurtka by też przemokła. Z resztą i tak było mi już wszystko jedno. Po prawie 10 km marszu w deszczu, błocie, o głodzie i coraz bardziej chłodzie, marzyłam by ten szczyt w końcu zdobyć i być już w drodze powrotnej, która zawsze wydaje się krótsza.

W wiacie siedziałam może z 5 minut, zapchałam żołądek małym batonikiem i w drogę, bo teoretycznie do szczytu  było już bardzo blisko. Deszcz coraz bardziej padał, a mi w tej mokrej kurtce i mokrych butach robiło się coraz bardziej zimno. Pech chciał, że jak zawsze na szlak biorę termos z gorącą herbatą, tak teraz nie wzięłam… W końcu lato, kto w lecie bierze gorący napój…. Mimo tego, mnie humor i zapał dopisywał, czego nie mogłam powiedzieć o innych spotkanych na postoju osobach. Wszyscy marudzili, albo płakali, że zimno, że plecaki ciężkie, że wyprawa do dupy. Nie chciałam psuć sobie dobrego humoru, dlatego wszystkim pożyczyłam najlepszej wędrówki i ruszyłam w kierunku szczytu.

Szczyt – Wysoka Kopa

Mapa nie kłamała. Faktycznie, od wiaty na Wysoką Kopę idzie się ok 10 minut. Zmoknięta jak kura, robię szybkie zdjęcie z wyrazem olbrzymiego zadowolenia i satysfakcji na twarzy (choć na zdjęciu wyszło, że wyglądam jak ogr). Zdobycie tego szczytu może nie wymagało umiejętności wspinacza, ale na pewno wymagało dużego samozaparcia i silnej woli, by w tak paskudną i dość niewdzięczną pogodę porwać się na 20 km. Nie jest to moje pierwsze 20 km, ale z pewnością jedne z cięższych, jakie przyszło mi przejść do tej pory.

Powrót i najlepsze ciasto w Górach Izerskich

Zaczęło się robić chłodniej. Rąk od kijków, zimna i deszczu nie czułam. Na szczęście już wracałam. Faktycznie droga powrotna mijała jakoś szybciej. Doszłam do Schroniska na Wysokim Kamieniu, gdzie liczyłam, że dostanę pieczątkę do książeczki Zdobywcy Korony Gór Polski, bo na szczycie jej nie było. Wysoka Kopa jest jednym z tych szczytów, który nie dorobił się skrzyneczki w własną pieczątką, dlatego by udokumentować fakt zdobycia górki, trzeba radzić sobie jak wyżej.

Nie pomyliłam się, schronisko dysponowało nie jedną, a aż trzema pieczątkami. Do wyboru, do koloru. Ja zaszalałam i wbiłam wszystkie trzy. A co!

Schronisko o tej porze, czyli koło godz. 18:00 było prawie puste. Jednak mimo tego, obok lady z pieczątkami, zauważyłam dwie blachy świeżego ciasta. Jednym z nich była szarlotka, a drugim było ciasto z czereśniami. Nigdy nie jadłam wersji z czereśniami, więc od razu od razu je zamówiłam. 80% ciasta stanowiły owoce. Czułam się jak w raju. Zmęczona, przemoczona, ale za to z przepysznym ciastem w rękach. To była najlepsza nagroda, jaką mogłam sobie wymarzyć tego dnia. Do dziś jak pomyślę o tym cieście, to robię się głodna.

Przede mną 30 minut marszu do parkingu. Na zmęczone ramiona, po raz ostatni tego dnia zarzuciłam plecak i ruszyłam drogą w dół.

To był długi dzień. Jednak wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Zostawiam tę magię ze sobą, zabierając wspomnienia i magnes, który teraz dumnie wisi na lodówce i przypomina o izerskim szlaku!

Może Ci się spodobać również...

3 komentarze

  • Odpowiedz
    Nihil Novi
    16 września 2018 o 11:22 am

    Gratuluję silnej woli i samozaparcia, by nie poddać się mimo niesprzyjających okoliczności 🙂 A na myśl o cieście z czereśniami zrobiłam się głodna 😀

  • Odpowiedz
    Aneta
    16 września 2018 o 11:58 am

    To miałaś niezwykłe spotkanie z górami i z pogodą. Pamiętam, jak nas jednego roku, gdy szliśmy ze Śnieżki w stronę Szrenicy spotkała ogromną ulewa. Na szczęście jak szybko przyszła tak szybko odeszła, a wspomnienia mieliśmy cudne. Pozdrawiam serdecznie z Wietnamu. 🙂

  • Odpowiedz
    Marysia
    16 września 2018 o 12:26 pm

    Gratulację 🙂 Tak tęsknię za górami, muszę wymyśleć coś by znów tam sie znaleźć 🙂

Dodaj komentarz