3_muszkieterów
Tropem Korony

Tropem Korony – odc. 2 – 3 muszkieterów na 3 szczytach

Wszystko jest w głowie. 16 km w nogach, 24 096 postawionych kroków i trzy zdobyte szczyty KGP w jeden dzień.

Projekt „Tropem Korony”, bardzo mnie nakręca i motywuje, by wyjść ze swojej strefy komfortu i stanąć o własnych siłach na 28 najwyższych szczytach Polski.
Gdy opowiadam znajomym o swoich poczynaniach, jedni pukają się w głowę, a drudzy dzielnie mnie wspierają i motywują. Tym drugim szczególnie dziękuję, ponieważ wcale nie jest łatwo wstać o 5-6 rano w sobotę, nieraz mając zapałki w oczach.
Będąc w drodze na szczyt lub na nim stojąc, nie zawsze jest dobra widoczność, nie zawsze jest słońce, nie zawsze jest dobra temperatura. W sumie co to znaczy „dobra temperatura”? -10, czy -20 stopni, też jest „dobrą temperaturą” pod warunkiem, że ma się odpowiednie ubrania. Norweskie przysłowie mówi: „Nie ma złej pogody, są tylko złe ciuchy„. O prawdziwości tego powiedzenia, przekonałam się na własnej skórze, podczas tej wyprawy.
Mimo różnych niedogodności, satysfakcja z przezwyciężenia swojego lenistwa i wygody oraz chłonięte widoki, wynagradzają wszystko.

W drodze na Wielką Sowę

Pomysł

Pomysł na sobotę był taki, by zdobyć jedynie Waligórę – najwyższy szczyt Gór Suchych i całych Gór Kamiennych. Sposób w jaki planowałam się dostać do Unisława Śląskiego, skąd miałam wyruszyć na szlak, miał się odbyć z jedną przesiadką w Wałbrzychu. W sumie na przejazd musiałabym przeznaczyć ok. 4 godzin.

Dwa tygodnie wcześniej, rozmawiałam z koleżanką Agatą, która wspomniała, że razem ze znajomymi wybierają się w góry i to nie na jeden, a na trzy szczyty! Zaproponowała mi bym dołączyła. W pierwszej chwili odmówiłam.
Jak to trzy szczyty w jeden dzień? To jest niemożliwe! Nie ma mowy! Padnę po pierwszym z nich! – Tak wtedy pomyślałam, ponieważ Agaty pełno jest na przeróżnych biegach survivalowych oraz militarnych. Kaszubski Kaper, GROM Challenge, Górski ultra maraton Spartan, to nieliczne imprezy, w których aktywnie brała udział.
Poprzeczka kondycyjna postawiona bardzo wysoko. Zwyczajnie w świecie, bałam się, że nie nadążę za grupą.

– Ale my jako turyści się wybieramy. Będziemy maszerować spokojnym tempem. Dasz radę! Poza tym samochodem jedziemy, nie będziesz musiała się tłuc autobusem.
– Spokojne tempo i trzy szczyty? Wiesz przecież, że mam problemy z kolanami. Może gdyby nie one, to bym się pokusiła o te trzy szczyty.
– Dasz radę! Na ludzie!

W drodze na Wielką Sowę

Wspomniałam o kolanach, bo jakiś czas temu wdał się w nie stan zapalny. Bujałam się od lekarza do lekarza i bałam się wyruszyć na szlak, by nie pogorszyć ich stanu. Po kilku wizytach u różnych „specjalistów”, w końcu dowiedziałam się, że tylko ćwiczeniami mogę poprawić stan moich kolan. Cały czas muszę wzmacniać mięśnie, by rzepka miała dobre wsparcie i dobry tor ruchu. Od mrocznej wizji tego, że będę miała problem, by kiedykolwiek stanąć jeszcze na szczycie górki, zaczęła się moja przygoda z siłownią.
Nie jest to tak proste, jak myślałam, by dobrać i sklecić odppwiednie ćwiczenia, które by mi nie zaszkodziły, a pomogły.
Nie chcąc pogorszyć swojej sytuacji, zwróciłam się o pomoc do Agaty, która jest trenerem personalnym, by przygotowała dla mnie program ćwiczeń wzmacniających nogi i jednocześnie nieobciążających kolan.
Gdyby nie Ona, Korona Gór Polski nie byłaby nawet na poziomie mojej linii najdalszego horyzontu.
Systematyczny trening przez póki co dwa miesiące, dał mi szansę, by znów stać stopami na górskich szlakach. Jak się okazało z ogromnym sukcesem. Dlatego parafrazując zdanie Alana Shearer’a, mogę poradzić każdemu: Idź na siłownie i daj z siebie wszystko. Bo ból jest chwilowy, ale duma wieczna. Zakwasy przeminą, a Ty będziesz silniejszy, sprawniejszy i zdrowszy na ciele i duszy.

Wyprawa i Wielka Sowa

W piątek do ostatniej chwili miałam jeszcze wątpliwości, czy dołączyć do wyprawy, czy wyruszyć tylko na jeden szczyt. Przełamałam się, wysłałam sms i podjęłam rękawice o trzy szczyty Korony Gór Polski w towarzystwie Agaty i Igora.
W związku z tym, że dołączałam do wyprawy o dość późnej porze, trzeba było szybko się spakować.
Wzięłam ze sobą mapę, jedzenie i parę innych drobiazgów, by o punkt 8:00 zameldować się na umówionym parkingu. O tych drobiazgach, możecie przeczytać na blogu, klikając  w LINK.

We Wrocławiu piękna, słoneczna pogoda z małym mrozem. Wydawało się, że ta sprzyjająca aura będzie nam towarzyszyć przez cały dzień. Niestety, w górach pogoda jest zmienna, jak kobieta. Nie było słońca, wiał lekki wiatr, a czasami padał śnieg. Widoczność również nie była najlepsza.
Dojechaliśmy Lupkiem do Walimia, a stamtąd do Traperskiej Chaty, skąd zaczęliśmy wchodzić na szczyt. Wchodzenie na Wielką Sowę od strony Przełęczy Walimskiej, jest mi już znane z wcześniejszego, jesiennego wejścia, o którym już pisałam (klik).

Na trasie jest kilka miejsc, z których rozciąga się ładna panorama. Jednym z nich jest punkt widokowy na Rozdrożu między Sowami. W tym dniu w drodze na górę, przenieśliśmy się do innego, magicznego świata. Droga, którą szliśmy, była tego dnia jeszcze nieprzetarta. Widoki ośnieżonych gałęzi, zapierały dech w piersiach, a odgłosy skrzypiących drzew, przypominały o Duchach Gór, które krążyły między nami. Patrząc na zastygły świat, w pewnym momencie zapomnieliśmy o wszystkim tym, co zostało na dole.

W drodze na Wielką Sowę

Zapomnieliśmy nie tylko o zmartwieniach, ale i o tym, że było zimno, że było pod górę, że czasem padał śnieg i wiał mroźny wiatr. Ja zapomniałam o tym, że mi woda zamarzła w rurce od bukłaka, bo nie miałam na niej zimowej osłony.
Nie było łatwo zdobyć Sowę, ale nie było to też wyczynem ekstremalnym.
Po wejściu na szczyt, prawie zamarzliśmy, głównie przeze mnie, bo chciałam jeszcze „tylko jedno zdjęcie” zrobić. W końcu weszliśmy na wieżę widokową, by zdobyć pierwszą tego dnia pieczątkę, co było pewnym wyczynem, gdyż schody były całe oblodzone. Po wbiciu pieczątki do książeczki Korony Gór Polski, trzeba było zacząć schodzić, gdyż  czekały na nas jeszcze dwa szczyty do zdobycia.
Wielka Sowa była najwyższym szczytem sobotniej wyprawy. W dwie strony przeszliśmy ponad 6 km i zrobiliśmy 8 5642 kroki. Krokiem 3522 postawiliśmy stopę na Wielkiej Sowie.

Profil trasy – Wielka Sowa

Waligóra, czyli góra, która powala na kolana

Zmarznięci wsiadamy do samochodu, a Agata podkręca temperaturę, by choć na moment się ogrzać. Wtedy jeszcze nie czuję, że moje rękawiczki są mokre. Para z ust ucieka w powietrze. Wyjmujemy prowiant i herbatę. Nie ma nic przyjemniejszego, niż w takim momencie napić się gorącej herbaty. Przyjemne ciepło dociera do brzucha i zimnych dłoni. Krótka przerwa, zerknięcie na mapę i w drogę.
Kierunek schronisko „Andrzejówka”, skąd wyruszyliśmy na drugi szczyt, czyli Waligórę.

Schronisko Andrzejówka

Schronisko było oblężone. Na zewnątrz tłum, wewnątrz tłum osób, co akurat według mnie jest dobrą oznaką, bo to oznacza, że ludzie nie siedzą w ciepłych kocach, znudzeni życiem, tylko starają się go wykorzystać maksymalnie.

Samochód zaparkowany, trzeba zbierać się na szlak. I ten moment był jednym z najgorszy. Zagrzani, napojeni, najedzeni, musieliśmy wyjść na zewnątrz i zmierzyć się drugi raz z zimnem. Nie było łatwo, ale przemogliśmy swoją wygodę. W końcu cel trzeba zrealizować, bo po to przyjechaliśmy. Pogoda zmieniła się diametralnie. Zaczął padać śnieg, widoczność także się pogorszyła. Ruszyliśmy w stronę żółtego szlaku i stanęliśmy przed tablicą informacyjną.
Waligóra. 15 minut.
Śmiechom nie było końca. Jak to 15 minut? Mieliśmy wejść na szczyt, a nie na niego wjechać. Cóż, po minucie, ten uśmiech nam spełzł twarzy, albo przynajmniej mi, ponieważ miałam przed sobą prawie pionową ścianę… Pojawiła się wątpliwość, czy moje kolana poradzą sobie z takim wysiłkiem. Wycofać się nie chciałam, gdyż stojąc koło Andrzejówki, zaczęłam być dobrej myśli, że te trzy szczyty są w moim zasięgu. Ale patrząc na to strome podejście, byłam przerażona. Mimo, że tłum ludzi kręcił się koło szlaku, na żółty nikt nie chciał wejść. Ślady zostawione na nim, również nie były świeże. Na dodatek, ta część najbardziej stroma była prawie cała oblodzona.
Agata z Igorem szli przodem. Były momenty, że musiałam iść na czworaka, by nie zjechać na dół. Przebiliśmy się przez najbardziej oblodzony fragment i wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem źle przygotowana na tę wycieczkę. Moje rękawiczki już w samochodzie były mokre, wspinając się na szczyt, zamarzły, a ja nie nie czułam dłoni. W rękawiczkach było zimno, bez rękawiczek jeszcze gorzej. Przewidziałam wszystko – tak mi się wtedy wydawało, a zapomniałam o tak błahej rzeczy, jak druga para rękawiczek. Zły ubiór zrujnowałby całą wyprawę. Na szczęście Agata miała zapasowe rękawiczki, które mi pożyczyła. Założyłam i po chwili poczułam, że wraca mi czucie w rękach i palcach. Mogliśmy się wpinać dalej. Szlak wiódł cały czas przez las, dlatego na panoramę ze szczytu nie mogliśmy liczyć.

ZŁOTA RADA:  Jeżeli jest zima i planujesz dłuższą wędrówkę, musisz mieć zapasową parę lub kilka par rękawiczek!

W dwie strony przeszliśmy 6 km oraz postawiliśmy5 154 kroków. Krokiem 1 487 stanęliśmy na Waligórze. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, które później trafią do książeczki Zdobywców Korony Gór Polski. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wrócić do schroniska, czy też tym stromym szlakiem, czy nadrobić trochę drogi. Zdecydowaliśmy się na drugą opcję, tym bardziej, że z czasem staliśmy bardzo dobrze.
Po dotarciu do schroniska, wbiliśmy pieczątkę do książeczki, a następnie zapakowaliśmy się po raz kolejny do samochodu. Kierunek: góra Chełmiec.

Profil trasy – Waligóra

3 muszkieterów na 3 szczytach

Wielka Sowa – zdobyta. Waligóra – zdobyta. Czas na zdobycie góry Chełmiec.
Początkowo plan był taki, by wejść na niego żółtym szlakiem od strony Białego Kamienia, który jest dzielnicą Wałbrzycha. Jednak zgubiliśmy drogę i znaleźliśmy się w Boguszowicach-Gorcach, skąd były drogowskazy na Chełmiec. GPS cały czas chciał, byśmy tam wjechali samochodem. Ale jest to bardzo mylne, ponieważ drogi dojazdowej dla zwykłego turysty nie ma, gdyż w pewnym momencie jest szlaban i trzeba o własnych siłach dojść na szczyt.
Zaparkowaliśmy samochód na parkingu i znów to słodkie lenistwo i ciepło chciało nas zniechęcić przed wejściem na szczyt. Jednak byliśmy nieugięci, niczym trzej muszkieterowie. Plecaki na ramiona i w drogę! Wchodzenie rozpoczęliśmy od zielonego szlaku, wzdłuż którego jest poprowadzona Droga Krzyżowa, na końcu której znajduje się właśnie szczyt Chełmiec.
Szliśmy i szliśmy, a szczytu nie było widać. Dookoła były górki, ale żadna z nich nie wydawała się najwyższa. Idąc cały czas lasem, przy Rosochatce (szczyt) odbiliśmy na żółty szlak, którym mieliśmy się szybciej dostać na górę. Krok za krokiem, a szczytu jak nie było, tak nie ma. Zmęczenie dawało już nieco o sobie znać. Gdzieś między drzewami widać było dach budynku, więc szczyt był niedaleko.
Krokiem 5 167 docieramy na szczyt. Mijamy krzyż milenijny i zmierzamy do punktu informacyjnego, gdzie robimy pamiątkowe zdjęcie. Chcemy zdobyć trzecią pieczątkę, a tu drzwi od budynku wieży widokowej są zamknięte. Zamurowało nas… Tyle trudu i wrócić bez podbitej książeczki? Postukaliśmy w okno, ale nikt nie otworzył. W regulaminie jest zapis, że jeżeli nie ma pieczątki bezpośrednio ze szczytu, należy zdobyć z miejscowości najbliższej szczytowi. To też zaczęliśmy schodzić, by znaleźć kogoś, kto mógłby nam podbić książeczkę. Na trasę powrotną wybraliśmy zielony szlak.

Profil trasy – Chełmiec

Zmęczeni, zmarznięci dotarliśmy na parking, gdzie Lupek był zaparkowany. Przy sobocie ciężko było znaleźć obiekt, który około godziny 16 był otwarty. Poczta była czynna, ale do 14. Apteka do 14. Ale w końcu znaleźliśmy, chyba jedyny w mieście otwarty sklep, gdzie Pan swoją firmową pieczątką podbił nasze osiągnięcie.

Zmęczeni, ale szczęśliwi, w ciepłym samochodzie obraliśmy już ostatni w tym dniu kierunek na Wrocław.

Dzień bardzo intensywny i pełen wrażeń. W sumie udało się przejść 16 km i postawić 24 096 kroków. Na pewno ta sobota zostanie w mojej pamięci na długo z dwóch powodów. Pierwszy z nich to fantastyczni ludzie, którzy mnie zmobilizowali do wyjazdu. Drugi powód to uczucie satysfakcji z przełamania swojego lęku o to czy dam radę, czy nie. Nie był to najłatwiejszy wyjazd, ale za to jeden z najprzyjemniejszych.

 

Trzej muszkieterowie!

Może Ci się spodobać również...

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz