Osobiste

2017 – Finish

Czy jest sens podsumowywać kończący się rok? Trochę się nad tym zastanawiałam, bo przecież to tylko jedna noc. Dla niektórych będzie to noc spędzona na szalonej imprezie (może z resztą jak co piątek lub sobotę), dla innych w gronie znajomych przy zapasie napoju procentowego. Inni wyjadą na dłuższe wolne, by w innych okolicznościach przyrody przywitać Nowy Rok i zastanowić się nad tym co było i nad tym co będzie.

Czytając blogi związane właśnie z podsumowaniem kończącego się roku (a tych obecnie nie mało), doszłam do wniosku, że w zasadzie Sylwester powinien być obchodzony co miesiąc, gdyż tyle (na podstawie własnych obserwacji) u większości osób, istnieje mocne postanowienie poprawy.
Będę chodzić na siłownie!
– Będę biegać! 
– W tym roku schudnę!
– W tym roku pojadę na wymarzone wakacje!
– W tym roku zaoszczędzę na sprzęt! 
– Spełnię chociaż jedno marzenie! 
Znajome postanowienia?
Czytając kolejne porady, jak ułożyć, jak zaplanować, jak zmotywować się na przyszły rok myślałam, że zwariuję. Bardziej mi to przypominało rachunek sumienia i umartwianie się nad samym sobą, niż wzięcie się w garść i ruszenie do boju o to, co chcielibyśmy osiągnąć.
Już miałam machnąć ręką na te wzniosłe teksty, ale natknęłam się na jedno zdanie, które mnie w pewien sposób mnie poruszyło, mianowicie:

Podsumowanie roku to pierwszy i podstawowy krok w drodze do skutecznego wyznaczania celów

Dlatego idąc tropem złotej myśli, krótkie podsumowanie tego co było. Bo tego co będzie, sama się nie mogę doczekać.

A co było?

No właśnie, dobre pytanie. Mijający rok pod każdym względem dla był mnie przełomowy. Kto by pomyślał rok wcześniej, że zacznę pisać bloga o swoich wędrówkach? Nawet ja nie. A tu proszę! Swoją przygodę z pisaniem zaczęłam 23-go sierpnia w Dzień Włóczykija. Przypadek?
Pisząc swój pierwszy post, z tyłu głowy miałam swoje plany noworoczne o dalekich podróżach, które bardzo szybko zostały zweryfikowane przez stan portfela. Kończąc studia, obiecałam sobie podróż po całej Europie, wzdłuż i wszerz. Stało się inaczej. Pojechałam za to na rowery w Alpy Austriackie.  Było to jedno z najlepszych choć nie najłatwiejszych doświadczeń turystycznych. Dzięki temu zjechałam kawał fantastycznych szlaków (Leogang na dwóch kółkach. Cz. 1, Cz. 2), zachłysnęłam się górską sielanką  i co najważniejsze, spełniłam cześć swojego marzenia o podniebnych podbojach (Alpy – Mini album z podróży). Ta możliwość spełnienia tego marzenia, dała mi bardzo duży motor do działania. Zdaje sobie sprawę, że latanie jest dość kosztowne, ale mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła Wam przekazać kolejną relacją z podniebnego lotu. Po powrocie z Alp, swoje rozjuszone zmysły, koiłam nad naszym Bałtykiem, nad który zachęcam, by wybrać się o każdej porze roku, a im zimniej tym zdrowiej!

Wracając znad morza, żwawym krokiem podróżnika ruszyłam na poszukiwania perełek Zapomnianych na Dolnym Śląsku. Odnalazłam 5 miejsc, które z pozoru byle jakie, okazywały się zakurzonymi skarbami. Był Szalejów Dolny, od którego wszystko się zaczęło. Niby spokojne, odosobnione miejsce, ale za to z bardzo urokliwym zamkiem samego barona. Był Mietków, znany głównie z Zalewu Mietkowskiego, ale z zapomnianymi ruinami pałacu. Był Bożków, który jest w posiadaniu pałacu-legendy. Odwiedziłam Mrowiny, które skrywają nieziemski pałac nad małym jeziorem. A nie tak dawno opublikowałam ostatni w tym roku wpis o Zapomnianej perełce, a dokładnie o „Tajemniczym ogrodzie w Biskupicach Podgórnych„. Czy w przyszłym roku znajdzie się czas na kolejną odsłonę Zapomnianych na Dolnym Śląsku? Temat na pewno nie uznaję za zamknięty, jednak ten przyszły rok, chciałabym poświęcić tematyce górskiej.

 

Korona Gór – Polska. Czyli o postanowieniu kilka słów.

W tym roku (2017) udało się zdobyć Wielką Sowę, czyli  jeden z szczytów Korony Gór Polski. Dzięki temu małemu osiągnięciu oraz wyjazdowi w Alpy, na nowo w duszy zagrały mi góry.
Korona Gór Polski. Tak brzmi moje postanowienie na rok 2018. Ze względu na postanowienie, na blogu w tym roku zagoszczą wpisy bardziej techniczne, ponieważ dla mnie każdy szczyt z tej listy to będzie nową przygodą do której, będę chciała się jak najlepiej przygotować. Dlatego też zamęczę Was zdobytą wiedzą o sprzęcie, o tym co zabrać, co okaże się nieprzydatne, z czego będę korzystać, a z czego nie.

Mój kufer, a w zasadzie sakiewka z pieniędzmi nie jest wypełniona po brzegi, dlatego sprawdzę, czy przeciętny obywatel jest wstanie porwać się w góry za przyzwoitą stawkę. Czy chleb i woda wystarczą mi na górskie podboje?

Ktoś może zapytać: Ale po co takie rzeczy robić?
Cóż, dla widoków 🙂

Oczekuję teraz tylko na przysłanie Książeczki, by oficjalnie móc zdobywać Koronę Gór Polski i stać się oficjalnym członkiem.

Jeżeli jesteście ciekawi tak jak ja, czy będę wstanie przebrnąć przez te nasze polskie góry, to zapraszam Was na pierwszą w tej odsłonie, moją wyprawę po Szlakach Korony Gór Polski. By być na bieżąco, zapraszam na mój profil na facebooku Rzucić wszystko i wyjechać

Brak komentarzy

    Dodaj komentarz